sobota, września 06, 2014

Ciasto ostatnich dni lata i kilka książek. Słów kilka także.

Blog znowu pokryty grubą warstwą kurzu, a ja nie mam chyba wymówki.. gdyż trzymiesięczna przerwa woła o pomstę do nieba. Wracam z prostym, szybkim ciastem, które w ustach się rozpływa i czerpie energię z ostatnich, letnich promieni słońca.
Ale zanim o cieście, to trochę opowiem dookoła. Może ta przerwa spowodowana jest w pewnym sensie dużymi zmianami, które wniosłam w swoje życie?

Zmiana miejsca, środowiska, otoczenia i zwolnienie tempa. Tak, bo to tempo życia jest męczące i choć raczej i tak nieuniknione, to udało mi się wziąć głęboki oddech i na chwilę zwolnić obrotomierz. I tak oto lato jeszcze się nie kończy, a jest tak piękne i na dodatek dwukrotnie włoskie!  




Piękny dzień i nostalgiczne rozmyślania o jutrzejszych urodzinach skłoniły mnie do napisania czegokolwiek, ponieważ za dużo już w głowie się kłębi i ujścia szuka. A ja zamiast pisać w kółko czytam. Bo żeby pisać, trzeba czytać. Czyż nie tak? ;)
Trzy książki ostatnio nie opuszczają mnie na krok - Julii  Child x 2 oraz Elizy Mórawskiej, która swą prostotą w opisywaniu tego co robi, skłoniła mnie to wykonania szarlotki z jej przepisu od a do z. Zdarzyło mi się to chyba po raz pierwszy, a ciasto było przepyszne ;)
Od Julii Child staram się czerpać jak najwięcej podstawowych, ważnych informacji o jedzeniu, pieczeniu, gotowaniu, przyrządzaniu i podawaniu. Czytając te książki mam wrażenie, że przemawia do mnie surowa babcia! Mobilizuje bowiem do pracy i konstruktywnego myślenia nad garnkiem. Gorąco polecam - każdej kobiecie i każdemu mężczyźnie, którzy umieją wszystko, albo nic - pozycje Julii są niesamowicie wartościowe i pouczające :) 



A o tegorocznych Włoszech mogę powiedzieć, że nawiozłam zapasów, które już mi się kończą, że espresso jest niezmiennie pobudzające, Sala Pięciuset całkiem ciekawie wygląda po spożyciu odpowiedniej ilości chianti, Dante jest niezmiernie surowy, w Wenecji były najbardziej obłędne gelato jakie do tej pory jadłam, vino della casa jest świetnym wynalazkiem ludzkości, a wracając do chianti, to bardzo smaczne jest w Pizie, wypijane nocą w towarzystwie beef curry tandoori i naan pod więżą krzywą jak 150. Poza tym Dolomity są piękne, ferraty emocjonujące, a spaghetti carbonara przyrządzone pod Diboną smakuje wyśmienicie. Pozdrawiamy też firmę Lowa :) 

I tak oto, kiedy owe beef curry powoli się 'prychci', a ciasto na pity rośnie, dostarczę Wam kilka smacznych zdjęć i niesamowicie łatwy przepis na przepyszne ciasto. 



Słonecznie żółte ciasto ze śliwkami i skórką cytrusową


Składniki: 

4 jaja
80 g cukru
ok. 100 ml oleju rzepakowego
skórka otarta z 1/2 pomarańczy  lub 1. cytryny
sok z 1/2 cytryny lub pomarańczy
1. łyżeczka proszku do pieczenia
2. płaskie łyżki mąki ziemniaczanej
170 g mąki pszennej
1/2 łyżeczki kurkumy
ok. 5-6 dużych śliwek, bez pestek i posiekanych na niewielkie kawałki


Rozgrzej piekarnik do 175 st. C. Jaja z cukrem zetrzyj na gładką masę, wlej olej, zmiksuj, następnie dodaj skórkę i sok z wybranego przez siebie cytrusa, dokładnie wymieszaj i nie przerywając miksowania dodawaj przesiane mąki, proszek i kurkumę. Masa ma konsystencję podobną do biszkoptu, jest jednak trochę cięższa.
Na wyłożoną papierem do pieczenia tortownicę (najlepiej nie większą niż 24-26 cm) wylej ciasto, posyp równomiernie śliwkami i wstaw do nagrzanego piekarnika na 30-35 minut.
Po upieczeniu zostaw formę z ciastem w uchylonym, wyłączonym piekarniku na kilkanaście minut. Wyjmij ciasto z piekarnika, oddziel delikatnie brzegi od formy ostrym nożem, oprósz cukrem pudrem, wyjmij na paterę i podawaj jeszcze ciepłe lub jeśli wolisz, kiedy ostygnie. Ciasto dzięki dodatkowi kurkumy stanie się soczyście żółte, jeśli jednak chcesz ją pominąć nic się nie stanie - przyjmie ono biszkoptowy kolor, który jest równie apetyczny ;) 






Smacznego! 

niedziela, czerwca 01, 2014

Tort truskawkowy na Dzień Dziecka i nie tylko ;)

Dziś prowadziłam warsztaty w Tośka Cantine, przy Teatrze Wielkim w Poznaniu. Dzieci mieszały z zapałem płatki owsiane, otręby, kakao i miód i chrupały ciacha po upieczeniu. Było wesoło, zdrowo i kolorowo - Alicja zadbała o to, żeby dzieci nie wyszły bez kolorowych, papierowych cudów, a Sara malowała maski Batmanów, Dzwoneczka i inne księżniczki tam, gdzie tylko dzieci sobie wymarzyły! Pełno było kolorowych buziek i pełnych brzuchów. Bardzo wdzięczni, mali kucharze spisali się na medal! A za tydzień będziemy kręcić pizzę! Prawdziwą, cieniutką, z pysznym sosem pomidorowym i mozzarellą. Zapisać się można wprost w Tośce, napisać do mnie lub najzwyczajniej w świecie przyjść i bawić się w niedzielne popołudnie :) A przepis na ciastka owsiane, podobne do tych, które robiliśmy razem dziś, już jutro na blogu!
A teraz o torcie. Bo tort wydaje się dla wielu czymś niedoścignionym. A jak to moja siostra powiedziała "teraz tort to pikuś!". I taka jest prawda! I nie musi być on strasznie ciężki, przesłodki i taki, że na samą myśl w głowie przeskakują cyferki kilokalorii. I wcale nie musi być idealny jak od linijki. I blaty też nie muszą być równiuteńkie. Wręcz przeciwnie! Niech będzie taki ot, po prostu, jak od mamy, dla dziecka, od serca! Wszystkim dzieciom jeszcze raz wszystkiego najsłodszego w dniu ich święta!:) A specjalnego życzenia dla moich ukochanych siostrzeńców, Zuzi i Antosia!! :) 




















Tort truskawkowy z mascarpone

Składniki: 
->biszkopt:
5 jaj
3/4 szklanki mąki pszennej
1/4 szklanki mąki ziemniaczanej
1/2 szklanki cukru

->krem:
1 op. mascarpone
200 ml śmietanki kremówki
2 płaskie łyżki cukru pudru
kilka kropel soku z cytryny
ok. 0,5 kg truskawek
sok z jednej pomarańczy


Zaczynamy od biszkoptu, który wychodzi zawsze, jeśli tylko zrobisz wszystko po kolei i dość dokładnie :) Nie opada! Jest to klasyczny przepis, który stosuje się chyba w większości domów. Bardzo pomaga tu Dorota z Moje Wypieki, bo każe biszkoptem rzucić, tuż po upieczeniu - nie bójcie się, to bezpieczne! :) 
Jak wiemy, najlepiej tort robić na dzień przed imprezą, aczkolwiek ten nie wymaga aż tak długiego czasu, dlatego jeśli potrzebujecie tort na wieczór, to spokojnie możecie się zabrać do niego rano - też będzie dobry :) Zatem, do dzieła!
Oddzielamy białka od żółtek, te pierwsze ubijamy na sztywną pianę. Dodajemy powoli cukier, nie przestając miksować. Następnie po kolei ląduje w masie żółtka, a po dokładnie wymieszaniu dodajemy przesiane mąki i delikatnie rozprowadzamy je - szpatułką lub na najniższych obrotach miksera. Przygotowujemy tortownicę wielkości 22-24 cm, wykładamy spód papierem do pieczenia, ciasto wylewamy do formy, piekarnik rozgrzewamy do 170 st. C i pieczemy ok. 35-40 minut, do tzw. suchego patyczka. Po wyjęciu z piekarnika rzucamy z niewielkiej wysokości biszkopt na podłogę i odstawiamy do całkowitego wystudzenia, najlepiej w piekarniku, który jeszcze trzyma ciepło, więc biszkopt nie dozna gwałtownej zmiany temperatur. 
Podczas studzenia ciasta, przygotowujemy krem. Najpierw warto przygotować truskawki - odszypułkować, umyć i pokroić w niewielkie kawałki. Wybierzcie najładniejsze truskawki i odłóżcie je pokrojone na pół lub w ładne plastry - posłużą nam do przystrojenia góry tortu.
 W dużej misie ubijamy śmietankę z pudrem i kilkoma kroplami soku z cytryny. Dodajemy serek mascarpone i na małych obrotach miksera mieszamy, do czasu dokładnego połączenia się składników. Następnie dodajemy posiekane truskawki i delikatnie mieszamy szpatułką. 1/3 kremu oddzielamy i miksujemy, tworząc piękną, różową, iście truskawkową masę. Przykrywamy obie miski folią spożywczą i wkładamy do lodówki, żeby krem odpowiednio stężał.
Po wystudzeniu biszkoptu dzielimy go na 3 części, nasączamy każdy blat sokiem z pomarańczy, a następnie przekładamy kremem. Krem śmietanowy z truskawkami ląduje w środku tortu, a na wierzch zostawiamy truskawkową, różową masę. Przyozdabiamy truskawkami, odstawiamy do całkowitego stężenia do lodówki... i śpiewamy sto lat, a wszyscy robią omnomnom, bo przecież to najlepszy tort na Świecie!:)

A poniżej najlepsze dzieci na Świecie, z najlepszym tortem na Świecie ;) 






Pękające w szwach..

...cannelloni ze szpinakiem i ricottą. Ale no przepyszne. Może za dużo tak makaronu? Może za bardzo włoskie to wszystko? A wiecie co? Guzik mnie to obchodzi. Dlaczego? Kilka osób już, po jakichś eventach kulinarnych zapytało mnie, jak ukierunkowany jest mój blog. I wiecie co? To było jedno z najtrudniejszych pytań. Ja nie zakładam jedzenia słodyczy, wege, mięsa, połknięcia całej Francji, Włoch, czy Bliskiego Wschodu. Gotuję to, co mi się podoba. To co mi i moim współtowarzyszom przy stole będzie smakować. I tak, żeby kiedyś stworzyć menu piękne, kolorowe, z głębi serca, które 'obcych' nakarmi i uśmiech wywoła. Dlatego właśnie gotuję. I piekę. I wszystko to jest przecież moment ;) I skoro jest pod ręką zapamiętany makaron, który przeobłędny był, to dlaczego mam się nie podzielić? Podzielę się. Bo żeby zrobić, trzeba skądś czerpać. Ja czerpię zewsząd, ostatnimi dniami wertuję i oglądam namiętnie Jamiego, Rachel, Gennaro, Carluccio, i FGC. I Pani L. słuchałam przez majówkę i pyszny sos pomidorowy zaraz od niej się tutaj pojawi! Bo taki aromatyczny, pomidorowy, z marchwią i cebulą... mm.
A tu takie ładne, smaczne słowa, o!


"Pomidory i oregano czynią potrawę włoską, wino i estragon - francuską. Kwaśna śmietana zamienia ją w potrawę rosyjską, a cytryna i cynamon-w grecką.Sos sojowy zamienia jedzenie w danie chińskie, a czosnek czyni je smacznym" 

 Alice May Brock


Cannelloni to taka trochę niewdzięczna potrawa, bo trzeba się nieźle napaćkać. Ale wiecie - warto ;) Jak się ma taaaakich pomocników... i taaaakie dobre wino.. i jest się głodnym tak w sam raz po rowerowej, majówkowej przejażdżce, to wszystko idzie raz, dwa, trzy! A podczas pieczenia można rogale zrobić..  :D





Cannelloni ze szpinakiem i ricottą ( ok. 4 porcje)

Składniki: 

1. opak. mrożonego szpinaku - liście lub rozdrobniony, wedle uznania -  lub ok. 400 g świeżego
100 g ricotty
4 ząbki czosnku 
łyżka masła
30 g drobno startego sera Grana Padano
sól
pieprz
gałka muszkatołowa
kilkanaście rur makaronu cannelloni
1 łyżki bułki tartej

Sos beszamelowy: 

2. łyżki masła
1,5 łyżki mąki
1. szklanka ciepłego mleka
sól
pieprz
gałka muszkatołowa

Sos pomidorowy (warto zrobić więcej i zagotowany włożyć do słoiczka, na później! )

1. puszka pomidorów w zalewie
1. duża marchew
1. duża cebula
1. łyżka oliwy
2 ząbki czosnku
1. łyżeczka koncentratu pomidorowego
sól
pieprz

Sos pomidorowy najlepiej przygotować wcześniej, ponieważ najbardziej aromatyczny będzie wtedy, kiedy wszystkie składniki odpowiednio się ugotują i połączą.
Na rozgrzanej oliwie podsmażamy czosnek i posiekaną drobno cebulę do momentu, kiedy ta ostatnia będzie miękka. Do czosnku i cebuli wlewamy pomidory wraz z zalewą, dodajemy koncentrat i startą na tarce marchew. Gotujemy na wolnym ogniu ok. 1-1,5 godziny. 
W średnim garnku rozgrzewamy łyżkę masła, ścieramy czosnek, krótko podsmażamy i wrzucamy szpinak. Dusimy na małym ogniu kilka minut, a następnie doprawiamy gałką muszkatołową, solą i pieprzem, mieszamy, dodajemy ricottę, podsmażamy jeszcze przez chwilę i odstawiamy do delikatnego przestudzenia.
Rozgrzewamy piekarnik do 180 st. C, smarujemy żaroodporną, najlepiej prostokątną formę masłem i przystępujemy do nadziewania rur farszem szpinakowym. Najwygodniej nadziewać je małą łyżeczką, mniejszą nawet niż standardowa łyżeczka do herbaty. Nadziane rury układamy obok siebie, wypełniając całą przestrzeń naczynia.



 Po wykorzystaniu całego farszu, polewamy całość sosem pomidorowym, a następnie przygotowujemy beszamel. Podgrzewamy delikatnie szklankę mleka, nie zagotowując jej.



 W osobnym garnuszku roztapiamy masło, dodajemy 1,5 łyżki mąki i energicznie mieszamy, tworząc zasmażkę, a następnie dodajemy ciepłe mleko, cały czas intensywnie mieszając - najlepsza jest do tego metalowa trzepaczka kuchenna, pozwala sprawnie rozetrzeć dokładnie wszystkie grudki. Maksymalnie zmniejszamy ogień, doprawiamy gałką muszkatołową, solą i pieprzem, mieszamy dokładnie, a następnie wylewamy na cannelloni. Sos bardzo szybko gęstnieje, dlatego przygotowujemy go w ostatniej chwili, tuż przed włożeniem dania do piekarnika. Przysypujemy beszamel startym Grana Padano, a także bułką tartą, która stworzy wraz z parmezanem smakowitą, chrupką pierzynkę.
Pieczemy przez około 20 minut pod przykryciem i kolejne 20 odkrywając naczynie i pozwalając cannelloni się przyrumienić. No i wcinamy. Sos czosnkowy, albo jogurt chlap, na talerz i jemy. I jemy. I końca nie widać, bo takie dobre. Kolejne omnomnom! 






Aaaaa z okazji Dnia Dziecka wszystkiego najlepszego dla każdego!! :)

niedziela, maja 25, 2014

Wiosenne risotto

Wiosna, wiosna, wiosna, ach to Ty! świetnie to brzmi. Chociaż za oknem stanowczo lato..
Po deszczowym Restaurant Day, wracam na włoskie tereny. W kuchni, a już niedługo w mini urlopie! Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną 17. maja, mam nadzieję, że Wam smakowało i kolejnym razem będzie Was jeszcze więcej! Chciałabym móc udzielić innej odpowiedzi na pytanie "Czy gdzieś można zjeść "Was" stacjonarnie?".. póki co, odpowiedź brzmi owszem, u mnie w domu;) Ale mam nadzieję, że to się w niedługim czasie zmieni.  Póki co możecie się odzywać mailowo, czy facebookowo, jeśli coś smakowało Wam szczególnie, a macie na to ponownie ochotę - służę pomocą ;)

Jak pizza, oliwa i pasta na południu, tak risotto i masło na północy! Obiecuję sobie, że spróbuję w Mediolanie za 3 tygodnie risotto alla milanese. Wtedy powiem Wam, jak smakuje złoto ;) A póki co risotto, którego nauczył mnie Jamie Oliver - nie Włoch, lecz człowiek, który był, widział i z Włochami tworzył :) Na bazie risotto bianco można zdziałać cuda. Naprawdę!! A może i mi będzie kiedyś dane z prawdziwym Włochem, z krwi i kości gotować. Oby. Może już nawet niedługo, o ile się uda podczas wytęsknionego, włoskiego tygodnia uszczknąć odrobinę ichniej radości z gotowania!

Podczas gotowania risotto należy pamiętać o jakości składników. Szkoda zachodu na byle jaki ryż, warzywa, wino, czy podłą rybę. Naprawdę warto wydać kilka złotówek więcej i czerpać z posiłku prawdziwą przyjemność. :) 


Risotto z kalafiorem, młodą marchewką i dorszem ( 2-3 porcje)


Składniki:

ok. 200 g ryżu Arborio lub Carnarolli
mała główka kalafiora
2. młode marchewki
kieliszek białego, wytrawnego wina
mały kawałek parmezanu
1 l bulionu warzywnego
łyżka masła
2 łyżki oliwy
1/2 dużej cebuli lub 1 mała
mały ząbek młodego czosnku
ok. 300 g polędwicy z dorsza
świeży koperek
sól
pieprz
cytryna


czas przygotowania: ok. 20-30 minut



Jeśli nie macie gotowego bulionu, możecie go bardzo szybko przygotować, wykorzystując domową kostkę rosołową lub zastąpić wywarem z przyprawami i drobno posiekaną młodą marchewką oraz kalafiorem - tak zrobiłam dzisiaj ja, jako że pod ręką bulionu nie było, a w brzuchu burczało ;) Po ugotowaniu warzywka odcedzamy, bulion przelewamy do wygodnej miski, z której będziemy go "pobierać" do risotto. 
Następnie siekamy drobno cebulę i czosnek, podsmażamy przez kilka minut na oliwie, ale nie pozwalamy żeby się zeszkliły. Na tak przygotowane "podłoże" wsypujemy ryż i dokładnie mieszamy, najlepiej drewnianą łyżką, żeby wszystkie smaki się połączyły. Cały czas mieszając zalewamy ryż winem. Mieszamy na średnim ogniu do czasu, aż ryż wchłonie cały płyn. Następnie podlewamy ryż bulionem, dolewając co ok. minutę jedną chochlę płynu. Całkowity czas gotowania ryżu to ok. 16-17 minut. Nie zapominajmy o mieszaniu!! Risotto wymaga niewiele czasu, ale wiele uwagi :) W międzyczasie dzielimy polędwicę dorsza na 4 lub 6 części, oprószamy solą i podsmażamy pod przykryciem przez ok. 3 minuty. Połowę rybki rozdrabniamy delikatnie, a pozostałe części pozostawiamy pod przykryciem. Kiedy ryż będzie już gotowy, wchłonie cały płyn, będzie miał trochę lejącą konsystencję, a w smaku będzie idealnie al dente, dodajemy do niego starty parmezan i łyżkę masła i dokładnie mieszamy. W razie potrzeby delikatnie solimy i posypujemy świeżo zmielonym pieprzem. Dokładamy kalafior, marchewkę i rozdrobnionego dorsza, zostawiamy na minutkę pod przykryciem, żeby risotto doszło do siebie i wszystkie składniki "złapały" swój smak. Podajemy delikatnie lejące, z kawałkiem rybki na szczycie, posypane świeżym koperkiem i ze świeżym kalafiorem w sąsiedztwie do pochrupania. Ćwiartka cytrynki ląduje na talerzu również, do skropienia zarówno risotto jak i dorsza. Wcinamy. Będą dokładki. Pycha było. Naprawdę.
Już niedługo kolejne risotta, będę teraz kombinować!! W przerwie jakaś pasta i coś słodkiego. A i o szparagach zapomnieć nie można.. :) 


Smacznego!! 



piątek, maja 02, 2014

Bezwarunkowo, na zabój jestem zakochana.
















We Włoszech oczywiście! Nie we Włochach, aczkolwiek oni sympatyczni, mili i dobrzy ludzie. I weseli. Ale kuchnia ich. I kawa dobra i wszędzie. O rety. A może to trochę ta miłość przez fakt z kim byłam tam pierwszy raz i jak mnie kark od zadzierania głowy bolał, i że buzię cały czas miałam rozdziawioną z wrażenia i wyjść z podziwu nie mogłam i jakie dobre wino piłam, i jakie prosciutto, jakie pomidory, jaka pizza, pasta i gwar i śmiech i espresso. Kto był, ten wie! Ale ja raczkuję w podróżach i wciąż mi mało i mało, ale do Włoch to mnie magnes jakiś ciągnie. A carbonarę, taką prostą i smaczną i kremową  ..mmm mogę jeść codziennie. CODZIENNIE. nie robię tego, oczywista sprawa. ale ona taka dobra omnomnomnomnom.


Zachwyt nr 1 - pizza włoska. Tę już umiem zrobić w swoim piecyku gazowym, wiem czego użyć żeby była pyszna i możliwie jak najbardziej włoska, a przede wszystkim, żeby smakowała zjadaczom. 










Zachwyt nr 2 - gelato! Ci, którzy mnie znają, wiedzą co to znaczy. Ja po prostu nie lubię lodów. Nie lubię i już. Zimne to i słodkie jednocześnie, i jeszcze każde zalatują wanilią, której nie znoszę. Ale gelato... gelato to miłość kolejna!






A carbonarę to tylko oszukaną jadłam.. nie zdając sobie z tego sprawy!! I pewnie wielu z Was również sobie nie zdaje sprawy, dlaczego oszukana. Tamtej nie lubię. A tę kocham wręcz. Przepraszam, że się tak powtarzam, ale musicie zrozumieć, jaka ta prawdziwa jest dobra :D


W Polsce - może nie tylko, wiem że u nas na pewno - carbonara to makaron z szynką, boczkiem, czosnkiem, cebulą i śmietaną, czasem gdzieś jajko się przewinie. A prawdziwa carbonara moi drodzy jest bardzo prosta.. I ani grama śmietany! Ani, ani! Ani wina! Chociaż oczywistą sprawą jest, że każdy może po swojemu kombinować:) Ale po co kombinować, jeśli oryginał jest tak doskonały, że zupełnie nie wymaga poprawek..? :D





Spaghetti Carbonara (ok. 4 porcje ) wg Antonio Carluccio

Składniki:
ok. 200 g boczku wędzonego, bez kości i skóry
3 jaja + 1 żółtko
ok. 60 g parmezanu lub pecorino 
świeżo mielony pieprz
oliwa
400 g makaronu spaghetti 


W wysokim, dużym garnku zagotowujemy wodę, solimy ją i gotujemy makaron - 10 minut jest idealne dla spaghetti. 




Boczek kroimy na niezbyt wielkie, dość cienkie kawałeczki. Na patelni rozgrzewamy 2. łyżki oliwy i wrzucamy pokrojony boczek. Smażymy na średnim ogniu,co jakiś czas mieszając. W trakcie smażenia boczku i gotowania makaronu, w małej miseczce roztrzepujemy jajka, żółtko, dodajemy 3/4 startego parmezanu/pecorino i dwa razy przekręcamy młynek z pieprzem. Całość powinna mieć dość kremową konsystencję. 
Zmniejszamy ogień pod patelnią - boczek powinien już przyjąć formę chrupiącego bekonu. Jeśli na patelni pojawi się zbyt wiele tłuszczu, warto ją odrobinę osuszyć ręcznikiem papierowym - w zależności od upodobań, ale ja po prostu nie przesadzam z oliwą na samym początku i suszyć nic nie muszę :) Odcedzamy makaron, przelewamy go zimną wodą i dorzucamy do boczku. Całość mieszamy ze sobą, przeplatając mięsko przez spaghetti. Zestawiamy z ognia, żeby patelnia nie była za gorąca, a następnie dodajemy do niej masę jajeczno - serową - ten moment jest najważniejszy przy spaghetti Carbonara - intensywnie mieszamy, nie pozwalając na to, żeby jajka się ścięły i powstała jajecznica na talerzu, bo przecież nie o to chodzi ;) Nie dodajemy soli, chyba że ktoś ma tak wielkie zapotrzebowanie, że słoność boczku i sera mu nie wystarcza - znam i takich.. ;) 
Wymieszaną pastę przekładamy na talerze, posypujemy startym parmezanem i świeżo zmielonym pieprzem. Jemy. I robimy mmmmm... 

 Viva l'Italia! 


niedziela, marca 30, 2014

Improwizacje na temat spaghetti!

Jak mniemam, najpopularniejszym spaghetti jest bolońskie lub napoli. Ja jednak postanowiłam od standardów odejść i spróbować czegoś, owszem, rodem ze słonecznej Italli, ale w trochę innym stylu. Do przygotowania spaghetti użyłam pesto z suszonych pomidorów, cukinii i szynki dojrzewającej. Oliwa ekstra virgin doprawiła całości i.. było to danie iście królewskie. Wyborne. Takie po prostu... omnomnom. Jak niesamowicie smaczny makaron tejże firmy ;)
Spaghetti jest bardzo proste w przygotowaniu i nie wymaga wiele czasu! Polecam spróbować w wolnej chwili, gdyż naprawdę warto ;)


Spaghetti z pesto z suszonych pomidorów i szynką dojrzewającą

 (ok. 3 porcje)

Składniki:
ok. 250 g makaronu spaghetti z pszenicy durum firmy OMNOMNOM
jedna mała cukinia
120 g suszonych pomidorów, bez zalewy
garść pistacji (bez skorupek;))
2. łyżeczki suszonej bazylii
4 ząbki czosnku
6 cieniutkich plasterków szynki dojrzewającej, np. szwarcwaldzkiej
oliwa ekstra virgin
łyżeczka ostrej mielonej papryki
pieprz świeżo mielony
sól




Pierwszą czynnością będzie przygotowanie pesto - nie będzie to typowy sos, ponieważ do tego dania lepiej pasuje jego bardziej "gruboskórna" wersja;) W związku z tym, wrzucamy ok. 100 g suszonych pomidorów do blendera, dodajemy garść pistacji, jeden posiekany drobno ząbek czosnku, dwie łyżki oliwy i miksujemy całość przez kilkanaście sekund. Nie potrzebujemy więcej czasu, ponieważ całość ma być po prostu posiekana i powinna połączyć się ze sobą, ale nie kompletnie zmielić. Powstałe pesto przekładamy do miseczki. 
Cukinię kroimy wzdłuż na cztery części, a następnie siekamy otrzymując kształtne trójkąciki. Posiekaną w ten sposób przekładamy do drugiej miseczki. 



W dużym garnku wstawiamy wodę, delikatnie ją solimy i gotujemy makaron spaghetti #omnomnom ok. 10 minut. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą, pozostawiając w durszlaku do całkowitego ocieknięcia z wody.
Pozostałe 3 ząbki czosnku kroimy drobniutko, następnie rozgrzewamy łyżkę oliwy na patelni i podsmażamy czosnek przez kilkanaście sekund, cały czas mieszając. Dodajemy cukinię, przesmażamy przez kilkanaście sekund, następnie dodajemy makaron i całość mieszamy. Podlewamy spaghetti odrobiną oliwy, dokładnie mieszamy i dodajemy pesto. W razie potrzeby dodajemy odrobinę oliwy, jednak staramy się żeby mimo soczystości potrawa nie pływała ;)
Najwygodniejsza do tej potrawy jest głęboka patelnia, która pozwoli nam na energiczne mieszanie całości, gdyż najważniejsze jest to, żeby przez te kilka-kilkanaście minut całość połączyła się i stworzyła niesamowicie aromatyczną kompozycję. 
Przez kilka minut podsmażamy całość na niewielkim ogniu, od czasu do czasu mieszając. Następnie doprawiamy potrawę pieprzem, papryką i suszoną bazylią, zwiększamy ogień i przez ok. minutę mieszamy intensywnie, przesmażając z każdej strony. 
Gorące podajemy na płaskich talerzach, dekorując plastrami szynki dojrzewającej i posypując pozostałymi suszonymi pomidorami, posiekanymi w kosteczkę. 

Smacznego! :) 






Przepis bierze udział w akcji Fusion w kolorach #omnomnom :) 

sobota, marca 29, 2014

Ryba z pieca wiosenną porą!

Postnie, czy po prostu - ryba, to bardzo ważny element naszej diety. Przyznam szczerze, że pojawia się ona w moim menu stanowczo zbyt rzadko. Jest to spowodowane na pewno preferencjami "współjedzących", ale mimo wszystko. Ryba jest ważna, pyszna, sycąca i należy ją jeść, o! Bardzo to twórcze.. ;)
Pstrąg jest jedną z moich ulubionych ryb - wspaniale zastępuje karpia podczas wigilii i przypomina wspaniałe wieczory, letnie w ogrodzie lub zimowe w moim ulubionym, zielonym salonie - na bydgoskich Piaskach. Pstrąg przywieziony przez rodziców spod Choszczna, upieczony nad "żywym ogniem" i odymiony drewnem śliwy, wiśni, czy innych cudów, wybranych przez Wujka - speca od pstrągów! Sałatka prosta, acz idealnie pasująca, skomponowana przez Ciocię, która uwija się wokół, z masą bransolet na ręce  - ich brzęk pamiętam od.. nie wiem od kiedy. Od zawsze. I go uwielbiam! Tak jak całą atmosferę "rybich wieczorów". A jeszcze bardziej nie mogę się doczekać tego pstrąga przyrządzonego na powietrzu, w ogrodzie, przy akompaniamencie świerszczy i zapachu lata. Mmmm. Nawet P. się przekonał!

Dziś wersja domowa. Z piekarnika. Z pietruszką, z cytryną, solą morską i pieprzem. Odrobiną masła, co się rozpływa i świeżym czosnkiem, bez którego ani rusz! Z sałatą prostą i sosem rześkim, musztardowo-miodowym na jogurcie!


Pstrąg pieczony (porcja na 2 osoby)

Składniki: 
2 średniej wielkości całe pstrągi ze sprawdzonego źródła
natka pietruszki
1,5 cytryny
4 ząbki czosnku
łyżka masła
sól morska
czarny pieprz

sałatka:
2 garście porwanej sałaty (ulubiony przez was rodzaj;))

kilka rzodkiewek
kilka pomidorków koktajlowych

ok. 80 g pokruszonego sera sałatkowego typu feta

sos:
szklanka jogurtu
3 łyżeczki musztardy
łyżka soku z cytryny
łyżka miodu
szczypta soli
szczypta świeżo mielonego pieprzu


folia aluminiowa do pieczenia ryby

Każdą rybę oczyszczamy, dokładnie myjemy i osuszamy papierowym ręcznikiem.
Jedną cytrynę kroimy w plastry. Czosnek obieramy i kroimy w drobne plasterki. Liście natki pietruszki siekamy niezbyt drobno i przerzucamy do miseczki.
Wydzieramy z folii aluminiowej dwa kawałki, w które bez problemu będzie można zawinąć osuszone pstrągi. Rybki układamy na środku arkusza i zaczynamy nacieranie solą. Nie odcinamy rybie głowy, chyba że bardzo nie lubimy jej widoku. Mnie on nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, dlatego też głowa ląduje wraz z całością na talerzu ;) Julii ryba była wczoraj bez głowy i smakowała ponoć równie dobrze!
Każdy fragment ryby - skórę i wnętrze - nacieramy dokładnie, skrapiamy sokiem z cytryny, dość solidnie, układamy w środku i na skórze dość gęsto plasterki czosnku oraz dodajemy odrobinę masła. Następnie wypychamy wnętrze rybki natką pietruszki i między listki wkładamy po 2 plasterki cytryny. Cytryna ląduje również na wierzchu, całość oprószamy solidnie świeżo zmielonym pieprzem i zawijamy w folię tak, aby z każdej strony była ona zamknięta. Brzegi zawijamy delikatnie, żeby bez trudu je odwinąć i móc zerknąć na rybkę podczas pieczenia.



Jak każde mięso, najlepiej będzie smakowało, kiedy je zamarynujemy wcześniej. Wystarczy 30-40 minut przed pieczeniem, ale oczywiste jest, że bardziej ucieszy naszego pstrąga kilkugodzinny odpoczynek w marynacie ;) Dlatego, jeśli jesteście przygotowani na ten obiad kilka godzin wcześniej, warto to wykorzystać i pozwolić rybie nasiąknąć całą tą prostotą smaków. 
Rozgrzewamy piekarnik do 170 st. C i pieczemy naszego pstrąga ok. 20 minut. Po 15 minutach warto sprawdzić, w jakim stanie jest ryba. Mięso powinno być białe i soczyste. Jeśli nadal nie wydaje się do końca ścięte, prawdopodobnie rybka będzie potrzebowała odrobinę więcej czasu. Nie przesadzajmy jednak - nie tak znowu trudno wysuszyć ją na wiór ;)

Podczas leżakowania ryby przygotowujemy sos, a podczas pieczenia sałatkę. Sos będzie również smaczniejszy jeśli "przegryzie się" w lodówce przez jakiś czas, dlatego tez warto się za niego zaraz po przygotowaniu ryby. Do miseczki wlewamy jogurt, dodajemy musztardę, sok z cytryny, miód, szczyptę soli i pieprzu i mieszamy intensywnie do uzyskania gładkiej konsystencji bez grudek. Przykrywamy talerzykiem lub folią i wstawiamy do lodówki. Podczas pieczenia pstrąga przyrządzamy na talerzach sałatki - kroimy rzodkiewki w ćwiartki, pomidorki na połówki i rozrzucamy na sałacie, posypując kruszonym serem feta. 
Tuż przed podaniem wyciągamy sos z lodówki i przelewamy do niewielkich miseczek. Sprawdzamy, czy rybka jest już ścięta i biała, ściągamy ją z folii i przekładamy na talerz. Pstrąg oczywiste ma ości, dlatego też bądźcie uważni i nie pozwólcie sobie zepsuć obiadu i obierzcie odpowiednią taktykę - ściągając delikatnie skórkę zjadamy mięso z góry, następnie wyjmujemy z pstrąga ości delikatnie, wraz z całym kręgosłupem, dzięki czemu na talerzu pozostaje już sama dobroć do wcinania;) Sos pasuje równie dobrze do sałatki jak i maczania w nim rybki, smacznego!!:)