czwartek, lipca 25, 2013

Francuski dzień...

..był niesamowicie aromatyczny. Nie myślałam, że to, co brzmi wykwintnie i kwieciście, może być tak proste w wykonaniu! Oczarowana prostotą i naturalnym wdziękiem Rachel Khoo, natchniona widokiem stosu babcinych garnków i jej wciąż zbyt małej lodówki w The Little Paris Kitchen, uwijałam się w kuchni jak poparzona, otwierając ze zdziwienia coraz szerzej oczy. Jakie to proste!
Często znajomi mnie pytają " Chce Ci się to robić?", a ja za każdym razem odpowiadam, że tak, bardzo mi się chce! Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek gotowała lub piekła z musu. Zawsze to była zabawa, z której wychodziły coraz to ciekawsze smakołyki! A największą radość sprawia widok zadowolonych "zjadaczy"... Zapewne dlatego też niesamowicie urzekła mnie Rachel, która szczerze i z pasją opowiada o tym, jak kuchnia francuska może być - wbrew pozorom - łatwa i przystępna. Szczerze polecam zajrzenie do The Little Paris Kitchen, a także zapoznanie się z autorką  na BBC Food. Ja naprawdę przy tych krótkich epizodach, oglądanych na kanale YT, miałam wrażenie jakbym stała obok niej, w jej maleńkiej, ciasnej, paryskiej kuchence.
A poniżej przepis na przepyszne, mokre, francuskie madeleines, czyli najzwyczajniej w Świecie.. Magdalenki! Z czym kojarzy Wam się ta nazwa? Mi pojawiła się przed oczami owszem, muszelka, ale polana czekoladą i przełożona marmoladą. A koniec końców, madeleine nie ma z tą moją polską, 'marmoladzianą' muszlą nic wspólnego. No może coś tam ma. Kształt ;) Aczkolwiek w mojej wersji, kształtu nie zachowałam, z powodu oczywistego braku odpowiedniej foremki do uczynienia tego!




Madeleines à la crème au citron,
czyli Magdalenki z lemon curd

Składniki na ciasto:
3 jajka
130 g drobnego cukru
200 g mąki pszennej
łyżeczka sody oczyszczonej
łyżka miodu
1/4 szklanki mleka
skórka otarta z jednej cytryny
200 g masła roztopionego i ostudzonego
kilkanaście świeżych malin
cukier puder (do posypania)

Składniki na Lemon curd:
skórka otarta i sok wyciśnięty z jednej cytryny
szczypta soli
ok. 60 g cukru
2 żółtka
50 g masła
Najpierw zabieramy się za masę, z której powstanie ciasto. Uprzedzam, że o ile samo przygotowanie masy i lemon curd nie trwa długo, to potrzebuje czasu na "leżakowanie" w lodówce. Wystarczy im kilka godzin, ale swobodnie i najpewniej jest zostawić je na noc w lodówce.
Wydawało mi się tu sporo paprania, ale moje obawy okazały się zupełnie niesłuszne! Zakasać rękawy i do roboty:)
Ubijamy jajka z cukrem na gładką masę, a w osobnym naczyniu przesiewamy mąkę z sodą i dodajemy otartą skórkę z cytryny. Łączymy mleko z miodem i roztopionym wcześniej masłem i wlewamy tak powstałą miksturę do masy jajecznej. Po wymieszaniu wszystkich składników, dodajemy je do proszku w dwóch partiach i dokładnie miksujemy, obracając miską i mieszając szpatułką/łyżką jednocześnie. W ten właśnie sposób robiła to Rachel, gdyż jest to tradycyjny sposób tworzenia tego typu ciasta. Pomachajmy sobie zatem również i michą, efekt gwarantowany ;)
Kiedy masa osiągnie gładką konsystencję należy ją zafoliować w naczyniu, w którym ją przygotowaliśmy i odstawić do lodówki - tak jak wcześniej pisałam, na kilka godzin lub na noc.
Citron, citron! Czas na lemon curd! Do małego rondelka wrzuć skórkę z cytryny, dodaj sok, sól, cukier i masło. Podgrzewaj od czasu do czasu mieszając, dopóki masło i cukier się nie rozpuszczą.
Kiedy masa przyjmie jednolitą konsystencję, zdejmij rondelek z ognia, a w misce roztrzep bardzo dokładnie żółtka. Następnie postaw ponownie na wolnym ogniu i cały czas energicznie mieszając, wlewaj powoli żółtka. Pamiętaj, żeby mocno mieszać, bo inaczej jajka się zetną! Kiedy pojawią się pierwsze bąbelki, odstaw lemon curd, a po wystudzeniu go przelej do małego naczynka, przykryj folią spożywczą i również odstaw do lodówki na kilka godzin lub całą noc.

Przystępujemy zatem do pieczenia! Wyciągamy masę z lodówki, przygotowujemy foremki-muszelki ( z powodzeniem używam blachy do muffinek lub silikonowych foremek), smarujemy je masłem i oprószamy kaszą manną, a następnie nakładamy ciasto. Jeśli macie rękaw cukierniczy i lubicie z nim pracować, to możecie przełożyć masę do niego i wyciskać ciasto do foremek. Jeśli jednak będziecie - podobnie jak ja - radzić sobie inaczej, to polecam użycie dwóch łyżek stołowych. Jedną nabieramy masę (płaska łyżka wystarczy na jedno ciastko), natomiast drugą "spychamy" ją do foremki. I tak + - 12 razy ;) Tyle wyszło mi pokaźnych ciasteczek-babeczek, które nazywam po prostu madlenkami. Magdalenki jakoś do mnie nie trafiają.. ;)
Po przełożeniu masy do foremek wtykamy w sam środek każdego ciastka jedną malinę i - ta daaam! Gotowe. Pieczemy w ok. 160-170 st. ok 15 minut, do zezłocenia. Madlenki szybko i dość mocno rosną, także nie przesadźcie z ilością ciasta w foremkach!


Po wyjęciu dziewczyn z pieca, czekamy aż będzie można chwycić je w rękę. Chwytamy wtedy, nabijamy rękaw/strzykawkę cukierniczą/zwykłą lemon curdem i wpuszczamy curd
po malinę tak, aby odrobinę zaczynał wypływać. Jeśli jest wystarczająco gęsty, powinien się pięknie utrzymać przy malinie, nie pozbawiając jej różowych wdzięków. Chyba że malinka postanowiła się całkowicie zatopić w cieście, wtedy problem z głowy..:)

 

                                           Powodzenia i przede wszystkim smaczneeeego!!


sobota, lipca 13, 2013

Pizza idealna!

Jaka jest Waszym zdaniem pizza idealna? Cienka jak papier, czy puszysta jak chmury? Z mozzarellą i świeżymi pomidorami, czy mnóstwem dodatków? Ja mogę Wam powiedzieć jaka jest dla mnie pizza idealna. Rzymska pizza, najlepiej u Ivo na Zatybrzu ;)

Idąc śladem moich smaków, postanowiłam zrobić pizzę, która będzie chociaż odrobinę przypominała tę, na myśl o której cieknie mi ślinka! Przyznam, że jak na brak pieca opalanego drewnem, albo chociaż klasycznego kamienia do pieczenia pizzy, wychodzi ona pysznie! I jest całkiem cienka, jak na polskie, drożdżowe warunki ;)
W pizzy najważniejsze jest ciasto, ale bardzo ważne są również dodatki - ich ilość i jakość. Dlatego też nie traktujmy pieczenia pizzy jako pretekstu do wyczyszczenia lodówki i opróżnienia puszki piwa.. zamieńmy to w swego rodzaju rytuał i wypijmy przy niej kieliszek czerwonego wina! Albo i dwa ;) A jak macie całą butlę, to zaproście znajomych, a na pewno wszyscy się najedzą, bowiem przepis wystarcza na 4 średniej wielkości pizzunie!

    Pizza prosciutto 
                                      


Składniki na ciasto: 

2 szkl. mąki pszennej
ok. 250 ml ciepłej wody
15 g drożdży
płaska łyżeczka suszonego oregano
szczypta soli
łyżka oliwy z oliwek
pół łyżeczki cukru

Składniki na sos:
3-4 duże pomidory
dwie łyżki oliwy z oliwek
1 ząbek czosnku
sól
pieprz
suszone oregano
szczypta cukru (opcjonalnie)

Pozostałe składniki ( na 2 pizze) 

ok. 15 dag dobrej jakości szynki
ok. 15 dag sera mozarella
1 pomidor (opcjonalnie)
oregano
oliwa z oliwek
mielona ostra papryka

Z drożdży, łyżki mąki, odrobiny wody i cukru przygotowujemy zaczyn. Mieszamy wszystko dokładnie i odstawiamy przykryte ściereczką na 15 minut.
W tym czasie przyrządzamy sos. Pomidory sparzamy wrzątkiem i obieramy ze skórki (możecie pominąć tę czynność, jeśli skórka pojawiająca się tu i ówdzie Wam nie wadzi). Kroimy pomidory w drobną kostkę, a w niewielkim rondelku rozgrzewamy oliwę i wrzucamy do niej starty czosnek. Podsmażamy go, energicznie mieszając drewnianą łyżką przez kilkanaście sekund, po czym wrzucamy do rondelka pomidory. Całość mieszamy i smażymy na średnim ogniu, w międzyczasie doprawiając do smaku solą i pieprzem, oregano i (jeśli zajdzie taka potrzeba) odrobiną cukru. Dusimy przez kilkanaście minut na wolnym ogniu, pod przykryciem, do momentu kiedy pomidory zmiękną i rozpadną się. Jeśli lubicie gładką konsystencję sosu, możecie go wystudzić i zmiksować, ja osobiście wolę czuć kawałki pomidorów, szczególnie latem, kiedy są takie soczyste!
Jeśli nie macie w zanadrzu smacznych pomidorów, możecie je zastąpić dobrej jakości pomidorami w kawałkach z puszki!
Teraz wracamy do ciasta!

Przesiewamy mąkę z solą, dodajemy oregano, wlewamy oliwę, wodę i gotowy zaczyn drożdżowy. Wyrabiamy ciasto na gładką, sprężystą masę. Nie trwa to długo - jeśli macie silne, energiczne ręce lub swojego osobistego pomocnika, która zrobi to za Was, ugniatanie nie powinno trwać dłuzej niż 5-10 minut ;) Kiedy ciasto jest już wyrobione, opruszamy miskę mąką i wkładamy uformowaną z ciasta kulę do środka, przykrywając je ściereczką, tak jak uprzednio zaczyn. Po mniej więcej 20-30 minutach ciasto powinno już solidnie wyrosnąć, wyciągamy je więc z miski, ugniatamy jeszcze raz, dosłownie przez kilkanadziesiąt sekund, a następnie dzielimy na cztery podobnej wielkości kulki. Jeśli spodziewacie się gości, możecie przyrządzić wszystkie cztery placki, jednak jeżeli planujecie spotkanie z przyjaciółkę, czy romantyczny wieczór we dwoje to dwa placki wystarczą w zupełności. Pozostałe dwa można owinąć zgrabnie w specjalny woreczek, podpisać i schować do zamrażarki - w razie potrzeby można je w każdej chwili rozmrozić!


                       
Każdą kulkę rozwałkowujemy, delikatnie podsypując mąką w razie potrzeby. Im cieńsza będzie pizza tym lepiej, tak więc staramy się wałkować porządnie i nie zniechęcamy się ;)
Tak przygotowany placek przekładamy na papier do pieczenia i całość przenosimy na kratkę lub blachę z piekarnika, który maksymalnie rozgrzewamy.
Ciasto smarujemy oliwą przyprawioną papryką - dzięki temu pizza będzie bardziej chrupiąca i aromatyczna. Następnie wykładamy część sosu i smarujemy nim pizzę, zostawiając około 0,5-1 cm wzdłuż jej brzegów. Połowę startego sera rozsypujemy na powierzchni pokrytej sosem, następnie wykładamy część pokrojonej w paski szynki i cienkie plasterki pomidora. Całość posypujemy delikatnie oregano i wkładamy do piekarnika na ok. 10-15 minut. Czas wydłuża się lub skraca w zależności od tego, jak bardzo spieczoną lub jasną lubicie pizzę, tak więc dokładny czas pieczenia pozostawiam Waszym kubkom smakowym ;)
No i to byłoby na tyle jeśli chodzi o pizzę. Jest to przepis podstawowy, który możecie upiększać po swojemu - pamiętajcie jednak, żeby nie przesadzać z ilością składników, ponieważ jest to cienkie ciasto i ciężko będzie mu udźwignąć kilogramy warzyw, serów i mięsa ;)




Jeśli natomiast nie wiecie jakie wino byłoby najsmaczniejsze, a mieszkacie w Poznaniu, to odsyłam Was tu klik!:) ! Tamtejsze trunki na pewno przeniosą Was w klimat Rzymskich Wakacji..:)




                                                                  Bon Appetit! :)

Edit: a to pizza margherita, z dziś, tj. 8.06.2014 ;)

piątek, lipca 12, 2013

Lekko pikantna zupa paprykowa z szafranem

Jako że przyszły wakacje i mam trochę więcej czasu wolnego, obiecałam sobie, że spiszę wszystko to, co upichciłam  ostatnimi czasy, a nie zapisałam - oczywiście. Jestem za to notorycznie ścigana, dlatego też żałuję i postanawiam poprawę ;)

A pierwszym z nich będzie mój ostatni, skromny wyczyn - bardzo smaczny, lekki obiad, a w rzeczywistości zupa-krem z pieczonych papryk z dodatkiem szafranu.
Błądząc gorącym przedpołudniem po wykrywaczu smaku (KLIK), w poszukiwaniu jakiejś "innej" zupy, trafiłam na ciekawe zdjęcie, ilustrujące żółtą zupę z czerwonej papryki.. jako że zmodyfikowałam składniki, moja zupa żółta nie jest, ale zakładam że jest równie smaczna :)




Lekko pikantna zupa paprykowa z szafranem

Składniki:
2 l bulionu (wedle uznania wege lub nie)
ok. 5 dużych papryk ( mogą być kolorowe, ale zdecydowanie z czerwonymi współpracuje się najlepiej)
3 duże ziemniaki
2. młode cebule
2 ząbki czosnku
2. młode marchewki
oliwa z oliwek
słodka, mielona papryka
przyprawa curry
papryczka chilli
suszona bazylia
płaska łyżeczka szafranu


W pierwszej kolejności włączamy piekarnik, aby nagrzał się do ok.250 st. Następnie oczyszczamy papryki z pestek, przekrajając je na pół. W małej miseczce rozrabiamy oliwę z suszoną bazylią i mieloną papryką, a następnie smarujemy przygotowaną oliwą każdą z połówek papryki. Po dokładnym wysmarowaniu (z każdej strony) wkładamy je na ok. 10 minut do rozgrzanego piekarnika. Kiedy skórka sczernieje, wyjmujemy papryki, odstawiamy na kilka minut pod przykryciem, a jak już odetchną to obieramy je z owej czarnej skórki. Tak jak napisałam wcześniej, proponuję czerwoną paprykę, ponieważ z zielonej i żółtej bardzo opornie odchodzi skórka!
Oczywiście zakładam, że bulion już dochodzi ;) Podzczas gdy papryka skwierczy w piekarniku, zabieram się za krojenie w drobną kosteczkę cebulek i marchewki, przygotowuję też ziemniaki, które również (obrane;)) kroję w kostkę. Jeśli cebule są wybitnie małe, lepiej dodać o jedną więcej. Tak pokrojoną cebulkę wrzucam na rozgrzaną łyżkę oliwy, a po chwili dorzucam do niej marchewkę. Od razu posypuję je solidną szczyptą curry i mieszam, aż do zeszklenia tej pierwszej. Kiedy cebula jest już gotowa, ucieram na tarce 2 ząbki czosnku i podsmażam na WOLNYM OGNIU przez kilkanaście sekund. Nie polecam robić tego dłużej, bo czosnek gorzknieje i może nadać całości nieprzyjemnego smaku, a tak, pozostawi pyszny, pachnący aromat!
W tym czasie na pewno nasza papryka jest już gotowa, dlatego wyciągamy ją z pieca i odstawiamy, a cebulę, marchewkę i czosnek zalewamy bulionem i pozostawiamy na średnim ogniu. Pozbawione skórek papryki kroimy w dość duże kawałki, a następnie wrzucamy do zupy wraz z ziemniakami. Całość gotujemy kilkanaście minut, od czasu do czasu mieszając, a w międzyczasie dodajemy pokrojoną w drobną kosteczkę i oczyszczoną z pestek papryczkę chilli. Zestawiamy zupę do delikatnego przestygnięcia, a następnie miksujemy ją blenderem na gładką masę. Tak zmiksowany krem wraca na palnik, gdzie dodajemy sól do smaku (jeśli zajdzie taka potrzeba) i figurujący w tytule szafran! Płaską łyżeczkę szafranu wsypujemy do zupy, mieszamy całość kilkakrotnie i zagotowujemy.
Teraz pozostaje nam tylko zajadać się smacznym, aromatycznym, lekko pikantnym kremem, który proponuję podać z odrobiną jogurtu greckiego już na talerzu.




                                                                      Smacznego!!




sobota, marca 30, 2013

Mazurek!


Jak nasz piękny, narodowy, aczkolwiek dużo bardziej słodki!
Dla prawdziwych smakoszy słodkości, w tym najbardziej intensywnym wydaniu, złamanym jedynie śliwkowym posmakiem ;)
Nigdy nie piekłam mazurków, zawsze wydawało mi się, że jest to ciasto stanowczo za słodkie jak na moje kubki smakowe. Faktycznie - nie jestem w stanie zjeść więcej niż malutki, wąziutki kawałeczek, ale smak jest bardzo przyjemny :)
Przepis baardzo mocno zaczerpnięty z White Plate, tyle że w wersji bezalkoholowej i z maleńkimi zmianami :)
Spód jest cieniutki i delikatny jak ciastko maślano-migdałowe, a warswta wierzchnia... ocieka kaloriami! :)
Smacznego!!
Wesołych ( białych ) Świąt i smacznego jajka :)


Mazurek krówkowo-śliwkowo-czekoladowy ;)

Składniki na spód
3/4 szklanki mąki pszennej
50 g drobno zmielonych migdałów
1/3 kostki masła
1 żółtko
płaska łyżeczka cynamonu
1/3 szklanki cukru pudru


Warstwa wierzchnia:puszka masy krówkowej
1/2 słoiczka powideł śliwkowych - jak najmniej słodkich, najlepiej domowej roboty!
80 g śliwek suszonych
100 g gorzkiej czekolady
płatki migdałowe do posypania


Przygotowanie spodu, przypomina trochę zagniatanie kruchego ciasta - potrzebujemy chwili cierpliwości, ale zagniecione ciasto od razu wykładamy na blachę i lepimy, nie wkładamy do lodówki.

Formujemy z niego płaski spód. Ja wyłożyłam je na klasyczną, okrągłą formę do pieczenia tarty, ilość ciasta do niej była optymalna.


Wkładamy do nagrzanego do 180 st. C piekarnika i pieczemy ok. 15 -20 minut, dopóki ciasta nie będzie z wierzchu lekko rumiane.
Upieczony spód pozostawiamy do ostygnięcia, a na zimne już ciasto wykładamy powidła śliwkowe i gęsto rozkładamy pokrojone w drobne kawałeczki suszone śliwki. Taki spód wraz z "okładem" transportujemy na kilka godzin do lodówki. Mój mazurek spędził w niej 8 h, a po wyciągnięciu powidła i śliwki były na tyle zbite, że ze spokojem mogłam rozprowadzić na nich masę krówkową i oprószyć płatkami migdałowymi. Po raz kolejny ciacho ląduje w lodówce, tym razem na całą noc. Po wyciągnięciu rozpuszczamy w kąpieli wodnej tabliczkę gorzkiej czekolady i rozsmarowujemy lub polewamy nią mazurek. Ciasto po raz kolejny zostaje przetransportowane do lodówki, a kiedy ostygnie... pozostaje je kroić i pałaszować niczym ciasteczka:)


              Mazurek w towarzystwie wielkanocnego kogucika
     


 Smacznego raz jeszcze!

sobota, listopada 03, 2012

Ciasto dyniowe!

A jednak dyni całej do środka nie włożyłam! :)
Długo nie mogłam się zdobyć na wypróbowanie dyni w jakiejkolwiek formie, z tego względu że pod postacią popularnego kremu, najzwyczajniej w świecie mi nie zasmakowała!
Znając siebie samą jednak, postanowiłam zaryzykować i spróbować - smaki przecież się zmieniają!
I tak oto, spoglądając na kilka przepisów, a także do własnej głowy, upiekłam, nieskromnie mówiąc pyszne ciasto :)



























Składniki: 

ciasto:
2 i 1/3 szklanki mąki żytniej (u mnie typ 2000)

3/4 szklanki cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżeczki cynamonu
szczypta soli
ok. 300 g dyni
3 jaja
1 szklanka oleju

polewa:
tabliczka gorzkiej czekolady

3 łyżki mleka
ok. 100 g słonecznika łupanego
2 łyżki płynnego miodu ( u mnie kasztanowy)



Na samym początku, obieramy nasz kawałek dyni, ścieramy go na tarce, wrzucamy do rondelka, podlewamy odrobinę wodą i odgotowujemy. Dynia powinna zmięknąć, a woda wyparować. W przypadku mojej dyni trwało to około 15 minut. Po ugotowaniu dyni należy ją odstawić do ostudzenia, a piekarnik rozgrzać do 180 st. C.
Jeżeli chcecie, aby ciasto było jeszcze bardziej wilgotne, to możecie zetrzeć 1/4 dużego jabłka i odgotować razem z dynią, wychodzi niesamowicie smaczne:)!

Mieszamy składniki suche, czyli mąkę, cukier, proszek, cynamon i sól, a w osobnym naczyniu miksujemy jaja z olejem. Kiedy dynia będzie wystudzona dodajemy ją do masy jajecznej i delikatnie mieszamy. Na końcu łączymy dokładnie wszystkie składniki i wylewamy ciasto na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Pieczemy około 35-40 minut.
Po wyciągnięciu ciasta z piekarnika, roztapiamy czekoladę z dodatkiem mleka i smarujemy masą ciasto. Na suchą patelnię wrzucamy słonecznik i po około minucie oblewamy go ok. 3 łyżkami miodu, a następnie mieszamy, mieszamy, mieszamy.. około 3-4 minuty :). Słonecznik będzie się trochę sklejał, ale swobodnie pozwoli się rozprowadzić po czekoladowej masie.

Voila! :)


Jeśli chodzi o blachę, to zależy jaki efekt chcemy osiągnąć - nie korzystam z tortownicy, dlatego też moje ciasto nie wychodzi zbyt wysokie, ze względu na rozmiary blachy, które są rzekłabym...standardowo-prostokątne :)


                                                 Smacznego!!


poniedziałek, października 15, 2012

Muffins? Not food!! Muffins are friends!!!



Muffiny to nie jedzenie, muffiny to nasi przyjaciele! Najlepsi, bo bardzo słodcy!




Muffiny, czyli po prostu babeczki, są bardzo popularną przekąską, na całym Świecie. Przepisów są miliony, jedne słodkie, inne wytrawne, jednak wydaje mi się, że najlepsze są te mokre, czekoladowe.
Próbowałam robić muffiny z wielu przepisów - z różnych blogów, książek, od znajomych lub pochodzących z własnej głowy, jednak te, których przepis zamieszczę poniżej pochodzą z jednego z moich ulubionych, słodkich blogów www.zpiekarnika.blogspot.com. Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zmieniła, ale baza pozostaje ta sama - tym razem blondynki, polecam równie mocno brunetki, czyli muffiny robione z ciemnej czekolady :)
Na zdjęciach są muffiny z mąki pszennej, możemy je jednak wykonać równie dobrze z mąki żytniej, czy orkiszowej, których proporcje podam poniżej. Ja coraz częściej korzystam z każdej innej, a nie pszennej mąki, dlatego też polecam je gorąco!

Składniki:
100 g masła
1/2 szklanki brązowego cukru
50 ml wody
2 (2,5) tabliczki czekolady (200(250) g, w tym 50(100) g posiekanej)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 szklanka mąki pszennej (1 i 1/3 szklanki mąki żytniej lub odrobinę więcej, w zależności od typu:) )
2 jaja
owoce - maliny, brzoskwinie, nektarynki, truskawki itp.
migdały w płatkach lub słupkach lub orzechy łuskane

Masło, 1 i 1/2 tabliczki czekolady i cukier rozpuszczamy na małym ogniu, cały czas mieszając - nie zagotowujemy! Po połączeniu się wszystkich składników odstawiamy na kilka minut powstałą masę. Nigdy nie czekam aż ostygnie w stu procentach, ponieważ kiedy to robiłam muffiny nie były takie puszyste, a zdawały się być bardziej "gumiate".
Do przestudzonej masy wbijamy jaja, mieszamy, (robię to drewnianą łyżką, mikser nie jest tu niezbędny, rzekłabym nawet że wręcz zbędny;)) wsypujemy mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia i ponownie mieszamy do dokładnego połączenia i ujednolicenia składników. Powstałe ciasto powinno być gęste i jednolite. Jeśli zdecydowaliście się na dodatki bakaliowe, dodajcie je właśnie teraz i wmieszajcie w masę. Na koniec wsypujemy pozostałą, pokruszoną część czekolady i delikatnie mieszamy.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 st. C, a foremki na muffiny wypełniamy do około 3/4 wysokości, umieszczamy kawałki owoców (w moich wylądowały pokrojone nektarynki) i wsadzamy do piekarnika na 20 minut. Nie polecam przesadzać z wypełnianiem foremek, ponieważ w pewnym momencie ciasto szybko rośnie i może Wam wypłynąć;)
Z tego ciasta wychodzi mi zawsze 12 muffin wielkości standardowej można powiedzieć:)

Powodzenia i smacznego!!



Dziękuję za przepyszny przepis www.zpiekarnika.blogspot.com ! :)



czwartek, września 20, 2012

Mięsne cannelloni

Po przerwie, związanej z przeprowadzką i brakiem Internetu, przywołuję przepis niesamowicie syty, smaczny i prosty!
To co wszyscy, jak mniemam lubią i to bardzo - wariacja na temat pomidorów, mięsa i makaronu ;)


Potrawę tę możemy nazwać najzwyczajniej w świecie Cannelloni, aczkolwiek mój makaron odbiegał nieco kształtem od standardowych rurek Cannelloni - wyglądał bardziej jak grube penne(jak widać na załączonym zdjęciu) i był niesamowicie smakowity!

Cannelloni z mięsem mielonym, pomidorami, papryką i świeżą bazylią


Składniki:
1/2 kg mięsa mielonego wołowego, wieprzowego lub mieszanego1 papryka czerwona1 papryka zielona
1 duży pomidor
1 biała cebula
kilka kropel oliwy z oliwek

opakowanie makaronu Cannelloni lub innego, o podobnym kształcie

400 g pomidorów całych lub krojonych w puszce
2 pomidory (mogą być sparzone i bez skóry)
duży ząbek czosnku
3 łyżki oliwy
spora garść świeżej bazylii
płaska łyżeczka mielonej papryczki chili
sól
pieprz

250 g(lub więcej) startego parmezanu

1 duże naczynie żaroodoporne

Rozgrzewamy na patelni kilka kropel oliwy z oliwek i wrzucamy na nią pokrojoną w drobną kosteczkę cebulę. Podsażamy na średnim ogniu tak, żeby się ładnie zeszkliła. Na gotową cebulkę wrzucamy mięso i rozdrabniamy je maksymalnie podczas smażenia. Żeby usmażyło się dokładnie i z obydwu stron cały czas mieszam drewnianą łopatką i rozdrabniam. Kiedy mięso już się obsmaży ( nie będzie żadnej surowizny;)) przyprawiam je papryką chilli i wrzucam pokrojoną paprykę czerwoną i zieloną, mieszam i przykrywam pokrywką. Jeśli mięso jest zbyt suche podlewamy je odrobiną wody.
Dusimy pod przykryciem na małym ogniu przez kilka minut (6-8). Kroimy w kostkę pomidora, wrzucamy go do farszu i mieszamy. W tym momencie doprawiam farsz solą i pieprzem do smaku i z powrotem przykrywam patelnię na kolejne 5-6 inut.
W międzyczasie rozgrzewamy kropelkę oliwy w rondelku i wrzucamy przeciśnięty przez praskę czosnek. Przysmażamy go przez kilka sekund, nie może zbrązowieć, ponieważ wtedy wydzieli się gorycz i całość będzie niesmaczna!
Na podsmażony czosnek wylewamy puszkę pomidorów. Jeśli są w całości, najlepiej rozpłaszczyć je widelcem lub pokroić w rondelku nożykiem, jeśli w kawałkach, to sprawę mamy załatwioną. Dodajemy pokrojone w kostkę świeże pomidory, sól, pieprz, chilli, mieszamy i doprowadzamy do delikatnego bulgotania. Zmniejszamy ogień, wrzucamy pocięte w drobne paski listki bazylii i mieszamy ponownie. Dodajemy 2-3 łyżki oliwy i ponownie mieszamy. Po kilku minutach sos powinien być gotowy do dalszej obróbki ;)
Kiedy mięso i sos są gotowe, stawiamy niezbyt głęboki garnek z wodą kuchence i gotujemy wodę. Sparzamy prze kilka sekund makaron, wrzucając po kilka kawałków na wrzątek. Teoretycznie makaron Cannelloni nie potrzebuje tego typu zabiegów przed zapiekaniem, ja jednak zawsze to robię:)
Rozgrzewamy piekarnik do 180 st. C i przygotowujemy zapiekankę - nadziewamy farszem mięsnym makaron i układamy rurki jedną obok drugiej. Kiedy pierwsza warstwa jest gotowa, zalewamy ją sosem pomidorowym i tak robimy z każdą następną aż do wyczerpania zapasów :D
Kiedy zapiekanka jest już ułożona posypujemy ją sowicie parmezanem i świeżą lub suszoną bazylią.
Wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 20-30 minut. Kiedy ser zacznie się zbyt szybko rumienić możemy przykryć naczynie folią aluminiową lub pokrywką, żeby nie powstała twarda skorupka.





Powodzenia i smacznego!!