poniedziałek, marca 10, 2014

Palcem po mapie.. opychając się hummusem :)



Niestety, nie było mi dane zobaczyć Libanu, Maroko, czy Izraela, ale jestem pewna, że już wkrótce na tym polu nastąpią satysfakcjonujące zmiany ;) Póki co raczę się ichnią kuchnią w mojej dziupli, w polskim bloku..
Kuchnia arabska jest niesamowicie aromatyczna, smaczna i - przynajmniej u mnie - wywołująca niezapomniane doznania i mnóstwo "ochów" i "achów". Staram się używać możliwie najbardziej zbliżonych przypraw, które to na moje szczęście posiadam wprost z Maroko i Turcji - bo dla mnie najlepszym prezentem z czyichś wakacji są właśnie te charakterystyczne dla danego regionu przyprawy, czy lokalne produkty. No, pocztówki są równie ważne. ;)
Tak więc korzystając z lektury książek, Internetu oraz opowieści znajomych, którzy byli, jedli i widzieli, tworzę hummus. Robię go często. Opychamy się nim wręcz. Idealny jako przedsmak marokańskiej uczty, z tażinem w roli głównej, świetnie sprawdzający się na śniadanie, kolację, czy kameralną imprezę.
Od początku do końca zrobiony samodzielnie, nie bawimy się w półśrodki ;) Taki oto, raz bardziej gęsty, innym razem bardziej kremowy, raz bardziej słodki, innym razem nakrapiany zielonymi drobinkami ziół.. tym razem przedstawiam hummusidło z miodem, nasze ulubione :)




Hummus z miodem gryczanym i pieprzem cayenne


Składniki:
2 szklanki ugotowanej ciecierzycy
2 łyżki pasty tahini (do kupienia w popularnych marketach i sklepach ze zdrową żywnością)
2 łyżki soku z cytryny
1,5 łyżki miodu gryczanego
1 ząbek czosnku
płaska łyżeczka pieprzu cayenne
sól
oliwa z oliwek, olej sezamowy lub rzepakowy
0,5 szklanki zimnej wody
szczypta kuminu (kminu rzymskiego)

Przybliżony czas przygotowania: 20 minut ( + przyg. ciecierzycy) 


Dzień przed przygotowaniem hummusu, należy namoczyć ciecierzycę i zostawić ją na kilkanaście godzin w wodzie. Następnego dnia wypłukać ją dokładnie, ugotować i wystudzić - gotowanie trwa ok. 1,5 godziny, po tym czasie ciecierzyca powinna w środku mieć konsystencję masła. Można też posłużyć się gotową ciecierzycą z puszki, ale oczywiście przyrządzona samemu jest smaczniejsza - podobnie jak pasta tahini, którą możemy przyrządzić z powodzeniem samodzielnie! Służę prostą radą, jeśli ktoś jest zainteresowany :)
Kiedy ciecierzyca jest gotowa wsypujemy ją do pojemnika blendera, dodajemy wszystkie przyprawy - pieprz, kumin, odrobinę soli, sok z cytryny, tahini, miód, ścieramy na tarce czosnek, dodajemy 2-3 łyżki oliwy i odpalamy. Z powodzeniem hummus jesteśmy w stanie zrobić blenderem ręcznym, będzie to jednak kosztowało odrobinę więcej wysiłku i czasu. Możemy go utrzeć nawet w moździerzu! Tak był wykonywany początkowo i zapewne nadal jest tak wytwarzany, w swoim 'hummusowym domu', dlatego też jeśli macie czas i piękny, wielki moździerz możecie się pobawić w tradycyjne tworzenie pasty z ciecierzycy :)
Wracając do blendera, pastę ucieramy przez kilkadziesiąt sekund lub do osiągnięcia gęstej "papki". Kiedy cała ciecierzyca będzie zblendowana, wszystkie składniki połączone, dolewamy do niej ostrożnie połowę przygotowanej wcześniej zimnej wody. Ponownie blendujemy i dolewamy wody. W tym momencie hummus zmienia swoją kosystencję i kolor - staje się dużo jaśniejszy i bardzo kremowy. Konsystencja pasty zależy od naszej cierpliwości do miksowania, ale także od jakości blendera, dlatego też warto troszeczkę dłużej ucierać, żeby hummus był idealnie gładki i wyglądem przypominał jasną, gładką musztardę ;)
Powstały hummus przekładamy do miseczki, polewamy odrobiną oliwy i oprószamy cayenne. Wspaniale smakuje zarówno na domowych pitach, chrupkim pieczywie, jak i żytnim chlebie w towarzystwie pomidora, bazylii i serów pleśniowych ;)


Życzę Wam powodzenia! A jeśli ktoś wolałby go mieć wprost na stole, jakoś na pewno się dogadamy - wystarczy do mnie napisać ;)

niedziela, marca 02, 2014

Tarta ze szpinakiem na żytnim kruchym!

Kiedy nie mogłam jeść pszenicy, zastępowałam ją głównie żytem i orkiszem. Do tej pory, kiedy mam taką możliwość i konkretny wypiek nie wymaga ode mnie użycia koniecznie mąki pszennej, zastępuję ją mąką żytnią, orkiszową, kukurydzianą lub chociaż pszenną, ale pełnoziarnistą. Latem często robię tarty na kruchym cieście, wykorzystując zatrzęsienie świeżych owoców. Zeszłego lata Piotrek stwierdził, że chyba woli ciasto kruche na białej mące, bo żytnia jest.. mniej słodka. Takiego hitu nigdy wcześniej nie słyszałam i absolutnie się nim nie sugerujcie - bujdy to nieziemskie ;) Ciasta żytnie mogą być tak samo słodkie jak te pszenne:D

 Do kruchego ciasta mąka żytnia, a nawet żytnia razowa nadaje się świetnie! Lubię do niego dodawać suszoną bazylię lub oregano, tak pięknie wtedy pachnie podczas podpiekania.. Bardzo aromatyczny i smaczny obiad, polecam ;) A jako że zima kalendarzowa, to szpinaku świeżego pysznego jak w te słoneczne dni letnie nie uświadczymy. Nie bójcie się kupować mrożonych warzyw - są one często dużo bardziej wartościowe, niż to co możemy dostać w tej chwili jako "świeże".


Przechodzimy zatem do przepisu! A jako że za oknem ni to wiosna, ni to zima, to melancholijnie roztkliwiam się nad głębokim głosem Erica...





Tarta ze szpinakiem, lazurem i pomidorami na kruchym, żytnim cieście

Składniki na ciasto:

1 i 1/2 szklanki mąki żytniej razowej (u mnie typ 2000)
ok. 80 g zimnego masła
2 łyżki oliwy z oliwek
1 jajko

1/2 łyżeczki soli
łyżeczka suszonej bazylii
łyżka zimnej wody (opcjonalnie)

Składniki na farsz:
450 g op. szpinaku mrożonego w liściach
40 g sera pleśniowego typu Lazur
2 pomidory rzymskie/śliwkowe, możliwie jak najbardziej soczyste lub kilka cherry
ząbek czosnku
łyżka oliwy
1 jajko + łyżka mleka
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
sól
pieprz

łyżka bułki tartej/otrębów
kilka listków świeżej bazylii (opcjonalnie)

Składniki na sos:
szklanka jogurtu naturalnego
1 duży ząbek czosnku
łyżeczka suszonej bazylii
łyżeczka soku wyciśniętego z cytryny
sól i pieprz


Zaczynamy od ciasta- wszystkie suche składniki wsypujemy do miski, mieszamy, następnie dodajemy oliwę, jajko, masło i szybko zagniatamy zwarte ciasto. Nie powinno kleić się do rąk - w razie potrzeby możecie dodać łyżkę b. zimnej wody, ułatwia to zagniatanie.
Teraz ciasto zawijamy w folię i wkładamy na 20-30 minut do lodówki.

W międzyczasie przygotowujemy farsz - w małym garnku rozgrzewamy łyżkę oliwy, na drobnej tarce trzemy czosnek i przez kilka sekund go podsmażamy. Dodajemy rozmrożony wcześniej czosnek, ogień zmniejszamy do minimum, całość mieszamy żeby liście połączyły się z czosnkiem. Przykrywamy garnuszek i dusimy na małym ogniu przez kilka minut. Następnie doprawiamy gałką muszkatołową, solą i pieprzem, mieszamy i podduszamy jeszcze kilka minut. Zestawiamy z ognia i zabieramy się za przygotowanie pozostałych składników- sera i pomidorów. Lazur kroimy w drobną kostkę lub po prostu go kruszymy. Pomidory kroimy w cienkie plastry, a jeśli używacie pomidorków koktajlowych, wystarczy przeciąć je na pół. 




Rozgrzewamy piekarnik do 180 st. C, a schłodzonym ciastem wykładamy formę do pieczenia tarty. Widelcem robimy kilka dziurek w cieście lub obciążamy je suchą fasolą/grochem/specjalnymi kulkami. Ja nigdy żytniego ciasta nie obciążam, nie zdarza mu się wybrzuszać :) 
Podpiekamy tartę przez około 10 minut, po czym wyciągamy z piekarnika, wysypujemy otrębami lub bułką tartą, a następnie wykładamy szpinak. Rozprowadzamy go równomiernie łopatką, na nim rozsypujemy lub układamy kawałki sera pleśniowego a na samym wierzchu układamy plasterki pomidorów. Roztrzepujemy jajko z łyżką mleka i wylewamy równomiernie na farsz. Tak powstałą tartę posypujemy porwanymi listkami świeżej bazylii i wsuwamy na 20-25 minut do piekarnika. 




W trakcie pieczenia, przygotowujemy sos - do miseczki wlewamy jogurt, dodajemy sok z cytryny, trzemy na tarce czosnek, wsypujemy suszoną bazylię i doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Wkładamy do lodówki, przykryte talerzykiem lub folią.



Po upieczeniu tartę podajemy pokrojoną w trójkąciki i wcinamy maczając kawałeczki w sosie czosnkowym lub samym jogurcie - w zależności od okoliczności i upodobań ;)




Smacznego!! :)












sobota, marca 01, 2014

Podsumowanie kilku dni.. i przepis na jogurtowe razowe placuszki!

Od tygodnia walczę z katarem, kaszlem i bólami wszelakimi - jest już lepiej, dlatego też zebrałam się żeby kilka słów napisać:)

Tak jak zapowiadałam, od poniedziałku jesteśmy na diecie wegetariańskiej. Jako że i ja i Julia na co dzień spożywamy mięso, nie jest małym wyzwaniem odstawić je nawet na jedyne 10 dni - z przyzwyczajenia, z mięsem jest po prostu łatwiej, ale ten krótki okres wegetarianizmu wyzwala kreatywność ;) Nie jemy poza domem właściwie, więc trzeba kombinować!
Upłynęło 6 dni i działamy "na zielono".
Pierwszego dnia na śniadanie pojawiły się na naszym stole razowe placuszki jogurtowe. Były przepyszne! I w stu procentach improwizowane ;) Przepis zamieszczam poniżej!

Poza tym zmieniłam odrobinę wystrój bloga - zostanie z nami na jakiś czas, wydaje mi się, że jest wystarczająco czytelny i będzie działał bez zarzutów ;) Jeśli któreś z Was nie polubiło cof na FB, to najwyższy czas to nadrobić i zaprosić mnóstwo znajomych! Wystarczy klik z prawej strony bloga ;)
Przechodzę zatem do pierwszego przepisu z serii wege, smacznego! :)


Jogurtowe placuszki razowe (ok. 15 sztuk)

Składniki: 
1/2 szklanki otrębów żytnich
3/4 szklanki mąki żytniej razowej
1/4 szklanki mąki pszennej
1,5 łyżki miodu
1. szklanka jogurtu naturalnego
2. łyżki mleka
2 jajka


Otręby i mąki mieszamy ze sobą w misce, oddzielamy żółtka, białka ubijamy na sztywną pianę. Roztrzepujemy w drugiej misce żółtka, łączymy z jogurtem, mlekiem i miodem. Mieszamy do czasu osiągnięcia gładkiej konsystencji. Łączymy suche składniki z mokrymi, a następnie powoli dodajemy ubite białka. Całość dokładnie mieszamy, osiągając konsystencję jednolitej, dość gęstej masy. Rozgrzewamy łyżkę masła lub oleju na patelni i chochelką wylewamy ciasto formując  placki wielkości popularnych pancakes.



 Smażymy z dwóch stron, po kilkanaście sekund z każdej strony. Placuszki nie mogą być za grube, bo szybko się zetną, a w środku pozostaną surowe. Na każdej patelni smażenie przebiegać będzie odrobinę inaczej, ale zapewniam, że są one bardzo łatwe do przerzucania i smaży się je niezwykle szybko :)


Pysznie smakują z domowym musem jabłkowym, ale równie satysfakcjonująca jest wersja "dziecięca" - z cukrem pudrem!!

Smacznego :)


poniedziałek, lutego 17, 2014

Kilka ciepłych słów, RD i Chilli sin carne..z mango - a'la Ola !

Wczoraj było gorąco, pracowicie i wspaniale!! Colorsoffood po raz pierwszy brało udział w Restaurant Day Poland. Przeżycie niesamowite, co prawda dość późno zostałam "dokoptowana" do ekipy, więc wszystko robiłam na wariackich papierach, ale baaaaardzo im za to dziękuję! Wiem już, jak takie dni wyglądają, co i w jaki sposób należy przygotować, żeby się nie zapalić (tak, tak..prawdziwy ogień też się przypadkiem pojawił:D ) z natłoku zajęć! 


   Restaurant Day w Poco Loco

Frekwencja dopisała, a ja usłyszałam masę ciepłych, miłych słów! Chętnych do przekąsek inspirowanych Italią z mojego wczorajszego stołu zapraszam do mailowania : info.colorsoffood@gmail.com. :)
Następnym razem obiecuję przygotować się lepiej od strony informacyjnej - już niedługo zobaczyć można będzie gdzieniegdzie znaczek colorsoffood - bądźcie czujni!

Restaurant Day za mną, a spędziłam go w gronie najlepszych i bardzo jestem z tego dumna. Każdego z nich możecie odnaleźć na facebook'u i śledzić poczynania zacnych chefów, cukierników i miłośników podróży!
A oto i oni:
Słodki duet -  https://www.facebook.com/dulzuramaldita?fref=ts

Omnomnom i przyjaciele - https://www.facebook.com/OmnomnomIPrzyjaciele?fref=ts
Chef Julek - https://www.facebook.com/ChefJulek?fref=ts
Iga i Gabi - https://www.facebook.com/pages/Wino-Na-Widelcu/164437503712439?fref=ts

Swoją przygodę z podróżami oraz z zagraniczną kuchnią zaczęłam właściwie jakiś rok temu. Jest to dość krótki czas, w którym zobaczyłam kilka pięknych miejsc, dzięki osobom, które mnie otaczają - od nich również nauczyłam się i usłyszałam bardzo wiele. Jeśli nie stanęłam w tych miejscach stopą, to byłam oczami wyobraźni, jeśli nie poczułam smaku na języku, to usłyszałam i poczułam wyimaginowany zapach łechcący podniebienie.. Jest to niewielka kropla w morzu Świata, ale za to niesamowicie słodka. W kuchni uwielbiam kombinować, wiele jeszcze nie wiem, często się jeszcze potykam - to o gramy mąki, to o szczyptę soli, o zakalce, zwietrzalce, gorycze i drewniane łyżki. Przeklinam spalone "dolnym grzaniem" spody ciast, zapomniane mięso na patelni, liczę pęcherze i odciski, a z każdym z nich jestem bogatsza o nowe doświadczenie i wiedzę. I niezależnie od tego jak wiele łez uronię, ile krzyku z siebie wydam, na końcu zawsze pojawia się uśmiech - bo coś się udało, bo komuś smakuje, a jeszcze inny robi "mmmm.."..
Piotrek, Marta, Munio, Jula, Krysia, Julian, Tomek, Ania, Mateusz, Magda i wiele, wiele innych - dziękuję Wam za to, że pokazaliście mi inną, ciekawszą, bardziej kolorową stronę Świata. Pokazujecie wciąż i będziecie pokazywać, a każdy uścisk dłoni, słowo otuchy, setki metrów w górę, do przodu i na boki będzie bardzo cenne - jestem tego pewna!

Dość już moich wywodów nie do końca o jedzeniu.. Teraz czas na nasz dzisiejszy wege-vegan-bezglutenowy wręcz obiad!
W wersji vegan wykluczyć trzeba będzie raczej sos Worchester.

Przygotowanie całego dania, łącznie z posiekaniem warzyw zajmuje ok. 1-1,5 h. Jest baardzo przyjemnie sycące, u nas dziś na talerz podleciało z kus-kusem, w wersji gluten free polecam żółtą polentę albo jaglaną!:)
Dlaczego z mango? Żeby było inaczej. Jako że - jak wszystkim wiadomo - jestem szczęśliwym mięsożercą, to poszukiwanie wege przepisów nie jest dla mnie niezbędne. Kiedy przygotowuję coś bez mięsa, staram się potrawę w jakiś sposób urozmaicić, żeby nawet mięsożercy byli usatysfakcjonowani i nie marudzili pod nosem, że chcą schabowego ;) Od dziś znów przez dwa tygodnie mam czas na warzywne eksperymenty - później wraca na tydzień najbardziej wdzięczny smakosz moich potraw, którego podczas posiłku bez mięsa może usatysfakcjonować jedynie cieniutka pizza margherita.. na szczęście moimi dłońmi wyrobiona ;)
Do dzieła!



Chilli sin carne z mango  (ok. 4-5 porcji)

Składniki:
1. puszka czerwonej fasoli
1. puszka białej fasoli
1. puszka pomidorów krojonych
1. papryka czerwona
1. czerwona cebula
3 laski selera naciowego
3 małe marchewki
1 duży ząbek czosnku
1. mango
ok. 2 cm świeżego imbiru
1 limonka
1/2 papryczki chilli (lub cała, w zależności od upodobań;) )
2. łyżki sosu Worchester
2. łyżki sosu sojowego
sól
szczypta curry
1. łyżeczka słodkiej papryki
1. łyżeczka ostrej papryki
łyżka miodu
2. łyżki oleju do smażenia
świeża natka pietruszki






Przygotowujemy duży garnek lub głęboką patelnię z grubym dnem. Warzywa i owoce myjemy, obieramy, kroimy w małe kawałki/kostkę. Posiekany drobno czosnek wrzucamy na rozgrzany olej, smażymy kilkanaście sekund cały czas mieszając, po czym dodajemy cebulę. Całość podsmażamy ok. minutę na dość dużym ogniu stale mieszając, następnie zmniejszamy nieco ogień i dodajemy posiekane seler, marchew i mango - smażymy, wciąż mieszając, dodajemy paprykę, pomidory, pokrojoną i oczyszczoną z pestek papryczkę chilli  oraz drobno starty na tarce imbir. Całość mieszamy dokładnie i zmniejszamy ogień do minimum, przykrywamy garnek pokrywką. W małej miseczce przygotowujemy przyprawy - wlewamy sos sojowy, Worchester, dodajemy suszone papryki i curry. Wszystkie składniki mieszamy do połączenia i dodajemy do potrawy. Po ok. 20 minutach dodajemy fasole. Od czasu do czasu mieszamy potrawę, a jeśli nasze Chilli zbyt szybko gęstnieje dolewamy odrobinę przegotowanej wody. Po ok. 45 minutach sprawdzamy, czy wszystkie składniki są odpowiednio miękkie i na tym etapie dodajemy łyżkę miodu oraz wyciskamy sok z limonki. Całość mieszamy, zwiększając odrobinę moc palnika. Po upłynięciu godziny cała potrawa powinna być gotowa - wystarczy spróbować, doprawić do smaku i podawać!


Kilkanaście minut przed podaniem przygotujcie sobie wybraną przez Was kaszę - chyba że chilli sin carne wjeżdża na stół samotnie, a wasze podniebienie chce się delektować jedynie potęgą warzyw :) Całość posypcie natką pietruszki i wcinajcie!





Smacznego! Nasze było pyszne - lekkie słodko-ostre danie;)
Zapraszam na kolejny przepis wege w najbliższym czasie. A po drodze może jakieś mięsko i coś słodkiego.. ? ;)

czwartek, stycznia 23, 2014

Burgery!

Burgery, hamburgery, wszystko jedno jak je nazwiemy, nie przypominają spłaszczonej bułki ze znanych fastfoodowych sieciówek, ani tłustego kotleta, w którym największym problemem jest znalezienie mięsa...
Może przesadzam, ale po prostu nie lubię popularnych ulicznych kebabów, czy hamburgerów, a mimo że i tych nie jadam, to podobają mi się kotlety w nowej odsłonie! Stały się one wręcz modne - zjedz 100 % wołowiny, w pysznej, świeżej bułce, z masą warzyw i innych dodatków. Można dopowiedzieć coś jeszcze na ten temat - moje burgery równie pysznie wypadają w wersji wege! Ale o tym następnym razem ;)

Kotlety zawierają u mnie składniki stałe i zmienne. W zależności od tego, jaką świeżą zieleninkę mam pod ręką, takiej dodaję do mięsa. Najczęściej jest to świeża natka pietruszki, gdyż pasuje do burgerów idealnie! Zdarza się jednak, że dodaję świeży szczypiorek, bazylię lub kolendrę. Kolendra ma jednak dość specyficzny aromat  i lepiej komponuje się z pastą z awokado ;)
Już nieraz słyszałam, że na głowę mi padło, że nawet bułki do hamburgerów piekę sama, ale nie jestem przecież jedyna, a naprawdę kosztuje to tak niewiele pracy i czasu, że.. szkoda zachodu, na wychodzenie do sklepu po gumowe, napuszone, sztuczne bułki. Zmodyfikowany przepis na bułeczki, zaczerpnięty od Liski z White Plate :) Zacznijmy więc od...



HAMBURGER BUNS


Składniki ciasta:
3/4 szkl. mleka
2 łyżki roztopionego masła
2 łyżeczki cukru
szczypta soli
15 g świeżych drożdży lub łyżeczka drożdży instant
ok. 2,5 szklanki mąki
1 jajko

Do posmarowania:
1 żółtko
łyżka mleka

Z drożdży, 1. łyżeczki cukru, łyżki ciepłego mleka i łyżki mąki robimy zaczyn, odstawiamy do napęcznienia na około 15 minut.
W małym rondelku rozpuszczamy masło, dolewamy do niego pozostałe mleko i całość lekko podgrzewamy, nie doprowadzając do wrzenia.
Do dużej miski wsypujemy połowę mąki, sól, pozostały cukier, wlewamy mleko z masłem, wbijamy jajo i dodajemy zaczyn. Całość zagniatamy, dodając w miarę ugniatania mąkę. W zależności od tego jakiego typu maki użyjecie, jej ilość może ulec zmianie. Ja na klasycznej pszennej, typ 450/500 wykorzystuję 2. szklanki, ale te pół szklanki więcej warto mieć w zapasie ;) Formujemy zwartą, gładką kulę, oprószamy miskę mąką i odkładamy ciasto w ciepłe miejsce, przykrywając je ściereczką. W około 40 minut powinno podwoić swoją objętość.
Czas zacząć "kotletować"!  Przepis poniżej :) 
Wyrośnięte ciasto dzielimy na kilka lub kilkanaście - w zależności od wielkości bułek - części i formujemy z nich bułeczki. Ja odrywam po prostu kawałki ciasta i w "kulam" je w dłoniach, nadając pożądany kształt. Układamy bułeczki - kuleczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, delikatnie spłaszczamy je dłonią, przykrywamy ściereczką i odkładamy na kolejne 30 minut w ciepłe miejsce.
Wyrośnięte bułeczki smarujemy roztrzepanym jajkiem z odrobiną mleka i posypujemy białym sezamem.
Rozgrzewamy piekarnik do 200 st. C, wkładamy bułki do piekarnika na ok. 15 minut. Wyciągamy pachnące i rumiane!

KOTLETY  WOŁOWE  ok. 10-12  sztuk  niewielkich  kotlecików


Składniki:
500 g mielonej wołowiny
1 mała, czerwona cebula
1 ząbek czosnku
natka pietruszki
1 jajo
łyżka mąki kukurydzianej
1 łyżeczka ostrej papryki
1 łyżeczka curry
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki pieprzu

Cebulę obierz i pokrój w drobną kosteczkę, czosnek również obierz i zetrzyj na tarce(drobne oczka), pokrój całą natkę pietruszki, oddzielając łodyżkę od liści. Mięso włóż do miski, dodaj pokrojone liście natki, jajko, przyprawy i mąkę. Rozgrzej na patelni łyżkę oliwy i podsmaż ok. 2-3 minut na dużym ogniu cebulę, czosnek i łodyżkę natki. Pamiętaj, żeby bardzo intensywnie mieszać! Tak połączone warzywa dodaj do mięsa i całość połącz, najlepiej ręką. Jeśli próbujesz mięsa podczas przygotowywania, pamiętaj aby było ono najświeższe i pochodziło ze znanego źródła - to samo dotyczy jajek! W tym przepisie możesz nawet swobodnie pominąć jajko, tym bardziej jeśli kotlety będą przez ciebie pieczone, a nie smażone. Jajko pomoże im się nie rozpaść na patelni, np. podczas przekładania, nie jest ono jednak niezbędne.
Tak przygotowane mięso formujemy w niewielkie kulki i spłaszczamy je dość mocno dłonią. Rozgrzewamy patelnię do grillowania lub łyżkę oliwy na zwykłej patelni i obsmażamy po kilka minut z każdej strony lub rozgrzewamy piekarnik do 190 st. C, układamy kotlety na wyłożonej papierem blasze i pieczemy około 20-30 minut. I ot.. cała filozofia przygotowywania bułek i kotletów ;)

Kiedy bułki odrobinę przestygną, przekrajamy je całkowicie i komponujemy swojego wymarzonego burgera, np: smarujemy górę i dół ulubionym sosem, układamy liść ulubionej sałaty, plaster pomidora, kotleta, kilka plasterków ogórków konserwowych i piórko czerwonej papryki. Tak zbudowaną budowlę burgerową przykrywamy bułowym daszkiem i zajadamy się mrucząc z radości! :)


         


   A oto i rzeczone burgery. Nie mogłam pokazać ich bez zjadaczy. W naszej super ekstra post(lub nawet nie post) komunistycznej kuchni, zajadali aż im się uszy trzęsły.. ;)

niedziela, listopada 10, 2013

Bezglutenowe ciasto mocno czekoladowe z malinami

Maliny idealnie pasują do czekolady. I banany też. Czy jest ktoś kto nie lubi tego połączenia? Nie sądzę :)
A jeszcze jeśli ciasto jest pysznie rozpływające się w ustach, delikatne i mocno czekoladowe, to wprost nie można się mu oprzeć. Tym bardziej jeśli jest listopad, a za oknem deszcz, deszcz, błoto, wiatr i jeszcze jeden deszcz. Brrr. Trzeba dostarczyć sobie trochę dobroci do brzuszka ;)
Wydaje się, że jeśli czekolada, to bardzo niezdrowo, bardzo kalorycznie i w ogóle powinna być zakazana. Ale! Ciasto którego przepis zamieszczę poniżej jest ciastem bezglutenowym - najprościej mówiąc nie zawiera mąki! Biała, pszenna mąka, choć bardzo popularna, nie jest niestety najzdrowszym elementem naszej codziennej diety. Dlatego też namawiam do wypróbowania zamienników - mąki razowej, żytniej, orkiszowej, ryżowej, czy startych na puch orzechów. Często zmieniają one kolor ciasta, ale w smaku są pełne i warte grzechu ;)
Drobno zmielone orzechy ( które można dostać w większości sklepów spożywczych) bardzo dobrze zastępują mąkę. Jeśli macie zamykany blender, to z powodzeniem możecie zmiksować orzechy samodzielnie. Będą one jeszcze lepsze, ponieważ na pewno nie wszystko zetrą się na puch, dzięki czemu w niektórych kawałkach ciasta będzie można trafić na chrupiącą niespodziankę:)
Oczywiście, nie każde ciasto upiecze się tak wspaniale i napuszy cudownie po dodaniu orzechów miast mąki, ale kiedy tylko można, warto kombinować - tak jak ja, dokonując tych pyszności.
Poszukiwania zaczęłam od odwiedzenia Moich Wypieków, które pod względem słodkości pod ręką są bardzo przydatne :) I tak oto znalazłam bezglutenowe ciasto czekoladowe! Nie zdarza mi się piec wg ściśle określonych przepisów, a nawet jeśli próbuję, to w trakcie przygotowywania coś dodam, odejmę, zamienię.. pod siebie ;) Polecam zatem wypróbowanie, gdyż jest to ciacho proste w wykonaniu, a niesamowicie pyszne - nie tylko dla bezglutenowców! ;)






BEZGLUTENOWE CIASTO CZEKOLADOWE Z MALINAMI

Składniki: 

150 g mielonych orzechów laskowych
1,5 łyżki skrobi ziemniaczanej
1/2 szklanki brązowego nierafinowanego cukru

150 g gorzkiej czekolady, roztopionej
ok. 100 g masła, roztopionego

4 łyżki kakao
4 jajka
skórka otarta i sok wyciśnięty z połówki cytryny
3/4 szklanki gorącej wody
3 (lub więcej) garście malin*


Na sos:

garść malin*
1/2 banana
2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny/pomarańczy/grapefruita


Do jednej miski wsypujemy orzechy, cukier i skórkę otartą z cytryny. Oddzielamy białka od żółtek, które dodajemy do suchej mieszanki, te pierwsze natomiast ubijamy na sztywną pianę. Maliny (2 garście) miksujemy z sokiem cytrynowym, dodajemy do masy, mieszamy. W garnuszku topimy masło, dodajemy do niego czekoladę i mieszając doprowadzamy do połączenia się tych dwóch składników, które stworzą jednolitą, gładką masę. Przelewamy ją od razu do wcześniej przygotowanej mieszanki, całość mieszamy do dokładnego połączenia. Następnie wsypujemy kakao do miseczki z gorącą wodą, łączymy dokładnie i dodajemy do masy. Dokładnie mieszamy całość szpatułką, a następnie powoli dokładamy ubite białka. Rozprowadzamy je do osiągnięcia jednolitego, ciemnego koloru czekolady. 
Całość przelewamy do tortownicy o śr. 24-26 cm lub do małej, prostokątnej blaszki, w zależności od tego jak wysokie chcemy mieć ciasto. 
Jeśli została Wam jeszcze jedna garść malin nie zmarnujcie jej - rozrzućcie je po cieście, niech się upieką w czekoladowej kąpieli ;)
Upieczone w tortownicy ciasto idealnie nadaje się do ozdobienia i podania jako mięsisty, innowacyjny torcik ;) 
Pieczemy w temperaturze 180 st. C ok. 1 godziny. Po teście suchego patyczka przykręcamy temperaturę do zera, a ciasto pozostawiamy na kratce stygnącego piekarnika przy uchylonych drzwiczkach.
 A już wybitnie dobrze ciasto piecze się, kiedy słucha Parov Stelar:
 
http://www.youtube.com/watch?v=U9lmw_KzS0k


Tuż przed podaniem (jeszcze ciepłego ;)) ciasta do blendera wrzucamy maliny, banana, miód i sok z wybranego przez Was cytrusa, miksujemy i voila! Polewamy czekoladowy kawałek i wcinamy.

Jest to baaaardzo czekoladowy deser, dlatego też naprawdę niewielki kawałek usatysfakcjonuje nawet największego smakosza czekolady ;)

Smacznego!!



* malin nie ważyłam, stąd ta dość specyficzna, "garściowa" jednostka. Sądząc jednak po ubytku z "zamrożonego ogródka" zużyłam w sumie ok. 0,5 kg ;) 




środa, października 09, 2013

Mini chevreuil en croûte... czyli francuski obiad w wersji odmienionej ;)

Mogłabym siedzieć i czytać i oglądać i słuchać całymi dniami Rachel Khoo! Zapewne się powtarzam, może to i nudne i monotematyczne, ale naprawdę, ta kobieta jest tak autentyczną kulinarną osobowością, że nie sposób się nie zauroczyć w tym co i jak robi.
Dziczyznę uwielbiam, ale nie jest to produkt bardzo łatwo dostępny i można w tym wypadku zastąpić ją wołowiną, co też proponuje w swoim programie Rachel :) Dlatego też dziś tańczyłam wokół piekarnika i patelni, przy jesiennym słońcu i z Frankiem Sinatrą oraz Julie London
w tle..
The little Paris kitchen
jest moją ulubioną książką kucharską, więc po raz kolejny postanowiłam nasz obiad sfotografować, a przepis udostępnić, gdyż jest niesamowicie smaczny i prosty :) 



Wołowina w cieście francuskim z kurkami w sosie śmietanowym

Składniki:
1 op. ciasta francuskiego, pokrojone na 12 równej wielkości prostokątów
ok. 200 g  wołowiny, pokrojonej na 6 plastrów 
2 czerwone cebule
ok. 250 ml białego/różowego wytrawnego/półwytrawnego wina
ok. 300 g lub 1 małe opakowanie kurek
100 ml słodkiej śmietanki 12 %
1 duży ząbek czosnku
ok. 100 g tartego sera mozzarella (opcjonalnie)
2 łyżki musztardy Dijon
sól
pieprz
1 mała łyżeczka cukru
1 łyżka stołowa masła
1 łyżka stołowa oliwy extra virgin
1 białko roztrzepane z łyżką mleka 



Obrane cebule kroimy w pióra, wrzucamy na rozgrzaną łyżkę oliwy i smażymy na średnim ogniu, dodając w trakcie smażenie cukier. Zmniejszamy moc palnika i dusimy ok. 10 minut, od czasu do czasu mieszając. W tym czasie podlewamy cebulę dwukrotnie winem. Gotową cebulę przekładamy do miseczki, a na patelnię wrzucamy posolone i potraktowane pieprzem kawałki wołowiny. Obsmażamy je ok. 1. minuty z każdej strony - lub mniej, jeśli lubimy bardziej krwiste kąski ;)  W tym czasie miksujemy blenderem cebulę tak, aby powstała z niej gładka pasta.
Na kratkę z piekarnika wykładamy papier do pieczenia, na którym układamy ciasto francuskie. Każdy kawałek mięsa smarujemy od góry musztardą - ja robię to pędzlem kuchennym, szybko i wygodnie :) Następnie układamy je na prostokątach z ciasta francuskiego, wykładamy na każdy kawałek 1 płaską łyżkę pasty cebulowej i przykrywamy drugim kawałkiem ciasta. Warto przed przykryciem rozciągnąć je odrobinę, żeby przy sklejaniu nie pękło. "Sklejenie" polega na dociśnięciu brzegów jak w pierogach - albo zwijając, albo przyciskając ząbkami widelca. Na grzbiecie powstałego w ten sposób pieroga robimy nacięcie, a następnie smarujemy całość białkiem 
roztrzepanym z mlekiem. Jeśli lubicie zapiekanie serem, możecie posypać wierzch pierogów serem mozarella - sprawdza się smacznie :)
 Powtarzamy ten proces przy każdym z sześciu pierogów, a następnie wkładamy je do rozgrzanego do 180 st. C piekarnika na ok. 20 minut - lub do momentu zbrązowienia grzbietu ciasta (mój "reklamowy" jest dość blady, ale równie smaczny;) ).



W trakcie pieczenia pierogów przygotowujemy kurki! Rozgrzewamy łyżkę masła, wrzucamy pokrojony drobno czosnek i podsmażamy go przez kilka sekund, cały czas mieszając. Następnie dodajemy kurki i obsmażamy je na wolnym ogniu przez kilkanaście minut, mieszając co jakiś czas. Kiedy kurki będą miękkie solimy je delikatnie i dodajemy śmietankę. Przykrywamy patelnię i dusimy całość na bardzo małym ogniu przez 5-7 minut. 






Przygotowanie kurek powinno zsynchronizować się z upieczeniem pierogów, które po wyjęciu wykładamy na talerz, dokładamy kurki wraz z sosem i pałaszujemy!  





Smacznego :)