sobota, marca 01, 2014

Podsumowanie kilku dni.. i przepis na jogurtowe razowe placuszki!

Od tygodnia walczę z katarem, kaszlem i bólami wszelakimi - jest już lepiej, dlatego też zebrałam się żeby kilka słów napisać:)

Tak jak zapowiadałam, od poniedziałku jesteśmy na diecie wegetariańskiej. Jako że i ja i Julia na co dzień spożywamy mięso, nie jest małym wyzwaniem odstawić je nawet na jedyne 10 dni - z przyzwyczajenia, z mięsem jest po prostu łatwiej, ale ten krótki okres wegetarianizmu wyzwala kreatywność ;) Nie jemy poza domem właściwie, więc trzeba kombinować!
Upłynęło 6 dni i działamy "na zielono".
Pierwszego dnia na śniadanie pojawiły się na naszym stole razowe placuszki jogurtowe. Były przepyszne! I w stu procentach improwizowane ;) Przepis zamieszczam poniżej!

Poza tym zmieniłam odrobinę wystrój bloga - zostanie z nami na jakiś czas, wydaje mi się, że jest wystarczająco czytelny i będzie działał bez zarzutów ;) Jeśli któreś z Was nie polubiło cof na FB, to najwyższy czas to nadrobić i zaprosić mnóstwo znajomych! Wystarczy klik z prawej strony bloga ;)
Przechodzę zatem do pierwszego przepisu z serii wege, smacznego! :)


Jogurtowe placuszki razowe (ok. 15 sztuk)

Składniki: 
1/2 szklanki otrębów żytnich
3/4 szklanki mąki żytniej razowej
1/4 szklanki mąki pszennej
1,5 łyżki miodu
1. szklanka jogurtu naturalnego
2. łyżki mleka
2 jajka


Otręby i mąki mieszamy ze sobą w misce, oddzielamy żółtka, białka ubijamy na sztywną pianę. Roztrzepujemy w drugiej misce żółtka, łączymy z jogurtem, mlekiem i miodem. Mieszamy do czasu osiągnięcia gładkiej konsystencji. Łączymy suche składniki z mokrymi, a następnie powoli dodajemy ubite białka. Całość dokładnie mieszamy, osiągając konsystencję jednolitej, dość gęstej masy. Rozgrzewamy łyżkę masła lub oleju na patelni i chochelką wylewamy ciasto formując  placki wielkości popularnych pancakes.



 Smażymy z dwóch stron, po kilkanaście sekund z każdej strony. Placuszki nie mogą być za grube, bo szybko się zetną, a w środku pozostaną surowe. Na każdej patelni smażenie przebiegać będzie odrobinę inaczej, ale zapewniam, że są one bardzo łatwe do przerzucania i smaży się je niezwykle szybko :)


Pysznie smakują z domowym musem jabłkowym, ale równie satysfakcjonująca jest wersja "dziecięca" - z cukrem pudrem!!

Smacznego :)


poniedziałek, lutego 17, 2014

Kilka ciepłych słów, RD i Chilli sin carne..z mango - a'la Ola !

Wczoraj było gorąco, pracowicie i wspaniale!! Colorsoffood po raz pierwszy brało udział w Restaurant Day Poland. Przeżycie niesamowite, co prawda dość późno zostałam "dokoptowana" do ekipy, więc wszystko robiłam na wariackich papierach, ale baaaaardzo im za to dziękuję! Wiem już, jak takie dni wyglądają, co i w jaki sposób należy przygotować, żeby się nie zapalić (tak, tak..prawdziwy ogień też się przypadkiem pojawił:D ) z natłoku zajęć! 


   Restaurant Day w Poco Loco

Frekwencja dopisała, a ja usłyszałam masę ciepłych, miłych słów! Chętnych do przekąsek inspirowanych Italią z mojego wczorajszego stołu zapraszam do mailowania : info.colorsoffood@gmail.com. :)
Następnym razem obiecuję przygotować się lepiej od strony informacyjnej - już niedługo zobaczyć można będzie gdzieniegdzie znaczek colorsoffood - bądźcie czujni!

Restaurant Day za mną, a spędziłam go w gronie najlepszych i bardzo jestem z tego dumna. Każdego z nich możecie odnaleźć na facebook'u i śledzić poczynania zacnych chefów, cukierników i miłośników podróży!
A oto i oni:
Słodki duet -  https://www.facebook.com/dulzuramaldita?fref=ts

Omnomnom i przyjaciele - https://www.facebook.com/OmnomnomIPrzyjaciele?fref=ts
Chef Julek - https://www.facebook.com/ChefJulek?fref=ts
Iga i Gabi - https://www.facebook.com/pages/Wino-Na-Widelcu/164437503712439?fref=ts

Swoją przygodę z podróżami oraz z zagraniczną kuchnią zaczęłam właściwie jakiś rok temu. Jest to dość krótki czas, w którym zobaczyłam kilka pięknych miejsc, dzięki osobom, które mnie otaczają - od nich również nauczyłam się i usłyszałam bardzo wiele. Jeśli nie stanęłam w tych miejscach stopą, to byłam oczami wyobraźni, jeśli nie poczułam smaku na języku, to usłyszałam i poczułam wyimaginowany zapach łechcący podniebienie.. Jest to niewielka kropla w morzu Świata, ale za to niesamowicie słodka. W kuchni uwielbiam kombinować, wiele jeszcze nie wiem, często się jeszcze potykam - to o gramy mąki, to o szczyptę soli, o zakalce, zwietrzalce, gorycze i drewniane łyżki. Przeklinam spalone "dolnym grzaniem" spody ciast, zapomniane mięso na patelni, liczę pęcherze i odciski, a z każdym z nich jestem bogatsza o nowe doświadczenie i wiedzę. I niezależnie od tego jak wiele łez uronię, ile krzyku z siebie wydam, na końcu zawsze pojawia się uśmiech - bo coś się udało, bo komuś smakuje, a jeszcze inny robi "mmmm.."..
Piotrek, Marta, Munio, Jula, Krysia, Julian, Tomek, Ania, Mateusz, Magda i wiele, wiele innych - dziękuję Wam za to, że pokazaliście mi inną, ciekawszą, bardziej kolorową stronę Świata. Pokazujecie wciąż i będziecie pokazywać, a każdy uścisk dłoni, słowo otuchy, setki metrów w górę, do przodu i na boki będzie bardzo cenne - jestem tego pewna!

Dość już moich wywodów nie do końca o jedzeniu.. Teraz czas na nasz dzisiejszy wege-vegan-bezglutenowy wręcz obiad!
W wersji vegan wykluczyć trzeba będzie raczej sos Worchester.

Przygotowanie całego dania, łącznie z posiekaniem warzyw zajmuje ok. 1-1,5 h. Jest baardzo przyjemnie sycące, u nas dziś na talerz podleciało z kus-kusem, w wersji gluten free polecam żółtą polentę albo jaglaną!:)
Dlaczego z mango? Żeby było inaczej. Jako że - jak wszystkim wiadomo - jestem szczęśliwym mięsożercą, to poszukiwanie wege przepisów nie jest dla mnie niezbędne. Kiedy przygotowuję coś bez mięsa, staram się potrawę w jakiś sposób urozmaicić, żeby nawet mięsożercy byli usatysfakcjonowani i nie marudzili pod nosem, że chcą schabowego ;) Od dziś znów przez dwa tygodnie mam czas na warzywne eksperymenty - później wraca na tydzień najbardziej wdzięczny smakosz moich potraw, którego podczas posiłku bez mięsa może usatysfakcjonować jedynie cieniutka pizza margherita.. na szczęście moimi dłońmi wyrobiona ;)
Do dzieła!



Chilli sin carne z mango  (ok. 4-5 porcji)

Składniki:
1. puszka czerwonej fasoli
1. puszka białej fasoli
1. puszka pomidorów krojonych
1. papryka czerwona
1. czerwona cebula
3 laski selera naciowego
3 małe marchewki
1 duży ząbek czosnku
1. mango
ok. 2 cm świeżego imbiru
1 limonka
1/2 papryczki chilli (lub cała, w zależności od upodobań;) )
2. łyżki sosu Worchester
2. łyżki sosu sojowego
sól
szczypta curry
1. łyżeczka słodkiej papryki
1. łyżeczka ostrej papryki
łyżka miodu
2. łyżki oleju do smażenia
świeża natka pietruszki






Przygotowujemy duży garnek lub głęboką patelnię z grubym dnem. Warzywa i owoce myjemy, obieramy, kroimy w małe kawałki/kostkę. Posiekany drobno czosnek wrzucamy na rozgrzany olej, smażymy kilkanaście sekund cały czas mieszając, po czym dodajemy cebulę. Całość podsmażamy ok. minutę na dość dużym ogniu stale mieszając, następnie zmniejszamy nieco ogień i dodajemy posiekane seler, marchew i mango - smażymy, wciąż mieszając, dodajemy paprykę, pomidory, pokrojoną i oczyszczoną z pestek papryczkę chilli  oraz drobno starty na tarce imbir. Całość mieszamy dokładnie i zmniejszamy ogień do minimum, przykrywamy garnek pokrywką. W małej miseczce przygotowujemy przyprawy - wlewamy sos sojowy, Worchester, dodajemy suszone papryki i curry. Wszystkie składniki mieszamy do połączenia i dodajemy do potrawy. Po ok. 20 minutach dodajemy fasole. Od czasu do czasu mieszamy potrawę, a jeśli nasze Chilli zbyt szybko gęstnieje dolewamy odrobinę przegotowanej wody. Po ok. 45 minutach sprawdzamy, czy wszystkie składniki są odpowiednio miękkie i na tym etapie dodajemy łyżkę miodu oraz wyciskamy sok z limonki. Całość mieszamy, zwiększając odrobinę moc palnika. Po upłynięciu godziny cała potrawa powinna być gotowa - wystarczy spróbować, doprawić do smaku i podawać!


Kilkanaście minut przed podaniem przygotujcie sobie wybraną przez Was kaszę - chyba że chilli sin carne wjeżdża na stół samotnie, a wasze podniebienie chce się delektować jedynie potęgą warzyw :) Całość posypcie natką pietruszki i wcinajcie!





Smacznego! Nasze było pyszne - lekkie słodko-ostre danie;)
Zapraszam na kolejny przepis wege w najbliższym czasie. A po drodze może jakieś mięsko i coś słodkiego.. ? ;)

czwartek, stycznia 23, 2014

Burgery!

Burgery, hamburgery, wszystko jedno jak je nazwiemy, nie przypominają spłaszczonej bułki ze znanych fastfoodowych sieciówek, ani tłustego kotleta, w którym największym problemem jest znalezienie mięsa...
Może przesadzam, ale po prostu nie lubię popularnych ulicznych kebabów, czy hamburgerów, a mimo że i tych nie jadam, to podobają mi się kotlety w nowej odsłonie! Stały się one wręcz modne - zjedz 100 % wołowiny, w pysznej, świeżej bułce, z masą warzyw i innych dodatków. Można dopowiedzieć coś jeszcze na ten temat - moje burgery równie pysznie wypadają w wersji wege! Ale o tym następnym razem ;)

Kotlety zawierają u mnie składniki stałe i zmienne. W zależności od tego, jaką świeżą zieleninkę mam pod ręką, takiej dodaję do mięsa. Najczęściej jest to świeża natka pietruszki, gdyż pasuje do burgerów idealnie! Zdarza się jednak, że dodaję świeży szczypiorek, bazylię lub kolendrę. Kolendra ma jednak dość specyficzny aromat  i lepiej komponuje się z pastą z awokado ;)
Już nieraz słyszałam, że na głowę mi padło, że nawet bułki do hamburgerów piekę sama, ale nie jestem przecież jedyna, a naprawdę kosztuje to tak niewiele pracy i czasu, że.. szkoda zachodu, na wychodzenie do sklepu po gumowe, napuszone, sztuczne bułki. Zmodyfikowany przepis na bułeczki, zaczerpnięty od Liski z White Plate :) Zacznijmy więc od...



HAMBURGER BUNS


Składniki ciasta:
3/4 szkl. mleka
2 łyżki roztopionego masła
2 łyżeczki cukru
szczypta soli
15 g świeżych drożdży lub łyżeczka drożdży instant
ok. 2,5 szklanki mąki
1 jajko

Do posmarowania:
1 żółtko
łyżka mleka

Z drożdży, 1. łyżeczki cukru, łyżki ciepłego mleka i łyżki mąki robimy zaczyn, odstawiamy do napęcznienia na około 15 minut.
W małym rondelku rozpuszczamy masło, dolewamy do niego pozostałe mleko i całość lekko podgrzewamy, nie doprowadzając do wrzenia.
Do dużej miski wsypujemy połowę mąki, sól, pozostały cukier, wlewamy mleko z masłem, wbijamy jajo i dodajemy zaczyn. Całość zagniatamy, dodając w miarę ugniatania mąkę. W zależności od tego jakiego typu maki użyjecie, jej ilość może ulec zmianie. Ja na klasycznej pszennej, typ 450/500 wykorzystuję 2. szklanki, ale te pół szklanki więcej warto mieć w zapasie ;) Formujemy zwartą, gładką kulę, oprószamy miskę mąką i odkładamy ciasto w ciepłe miejsce, przykrywając je ściereczką. W około 40 minut powinno podwoić swoją objętość.
Czas zacząć "kotletować"!  Przepis poniżej :) 
Wyrośnięte ciasto dzielimy na kilka lub kilkanaście - w zależności od wielkości bułek - części i formujemy z nich bułeczki. Ja odrywam po prostu kawałki ciasta i w "kulam" je w dłoniach, nadając pożądany kształt. Układamy bułeczki - kuleczki na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, delikatnie spłaszczamy je dłonią, przykrywamy ściereczką i odkładamy na kolejne 30 minut w ciepłe miejsce.
Wyrośnięte bułeczki smarujemy roztrzepanym jajkiem z odrobiną mleka i posypujemy białym sezamem.
Rozgrzewamy piekarnik do 200 st. C, wkładamy bułki do piekarnika na ok. 15 minut. Wyciągamy pachnące i rumiane!

KOTLETY  WOŁOWE  ok. 10-12  sztuk  niewielkich  kotlecików


Składniki:
500 g mielonej wołowiny
1 mała, czerwona cebula
1 ząbek czosnku
natka pietruszki
1 jajo
łyżka mąki kukurydzianej
1 łyżeczka ostrej papryki
1 łyżeczka curry
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki pieprzu

Cebulę obierz i pokrój w drobną kosteczkę, czosnek również obierz i zetrzyj na tarce(drobne oczka), pokrój całą natkę pietruszki, oddzielając łodyżkę od liści. Mięso włóż do miski, dodaj pokrojone liście natki, jajko, przyprawy i mąkę. Rozgrzej na patelni łyżkę oliwy i podsmaż ok. 2-3 minut na dużym ogniu cebulę, czosnek i łodyżkę natki. Pamiętaj, żeby bardzo intensywnie mieszać! Tak połączone warzywa dodaj do mięsa i całość połącz, najlepiej ręką. Jeśli próbujesz mięsa podczas przygotowywania, pamiętaj aby było ono najświeższe i pochodziło ze znanego źródła - to samo dotyczy jajek! W tym przepisie możesz nawet swobodnie pominąć jajko, tym bardziej jeśli kotlety będą przez ciebie pieczone, a nie smażone. Jajko pomoże im się nie rozpaść na patelni, np. podczas przekładania, nie jest ono jednak niezbędne.
Tak przygotowane mięso formujemy w niewielkie kulki i spłaszczamy je dość mocno dłonią. Rozgrzewamy patelnię do grillowania lub łyżkę oliwy na zwykłej patelni i obsmażamy po kilka minut z każdej strony lub rozgrzewamy piekarnik do 190 st. C, układamy kotlety na wyłożonej papierem blasze i pieczemy około 20-30 minut. I ot.. cała filozofia przygotowywania bułek i kotletów ;)

Kiedy bułki odrobinę przestygną, przekrajamy je całkowicie i komponujemy swojego wymarzonego burgera, np: smarujemy górę i dół ulubionym sosem, układamy liść ulubionej sałaty, plaster pomidora, kotleta, kilka plasterków ogórków konserwowych i piórko czerwonej papryki. Tak zbudowaną budowlę burgerową przykrywamy bułowym daszkiem i zajadamy się mrucząc z radości! :)


         


   A oto i rzeczone burgery. Nie mogłam pokazać ich bez zjadaczy. W naszej super ekstra post(lub nawet nie post) komunistycznej kuchni, zajadali aż im się uszy trzęsły.. ;)

niedziela, listopada 10, 2013

Bezglutenowe ciasto mocno czekoladowe z malinami

Maliny idealnie pasują do czekolady. I banany też. Czy jest ktoś kto nie lubi tego połączenia? Nie sądzę :)
A jeszcze jeśli ciasto jest pysznie rozpływające się w ustach, delikatne i mocno czekoladowe, to wprost nie można się mu oprzeć. Tym bardziej jeśli jest listopad, a za oknem deszcz, deszcz, błoto, wiatr i jeszcze jeden deszcz. Brrr. Trzeba dostarczyć sobie trochę dobroci do brzuszka ;)
Wydaje się, że jeśli czekolada, to bardzo niezdrowo, bardzo kalorycznie i w ogóle powinna być zakazana. Ale! Ciasto którego przepis zamieszczę poniżej jest ciastem bezglutenowym - najprościej mówiąc nie zawiera mąki! Biała, pszenna mąka, choć bardzo popularna, nie jest niestety najzdrowszym elementem naszej codziennej diety. Dlatego też namawiam do wypróbowania zamienników - mąki razowej, żytniej, orkiszowej, ryżowej, czy startych na puch orzechów. Często zmieniają one kolor ciasta, ale w smaku są pełne i warte grzechu ;)
Drobno zmielone orzechy ( które można dostać w większości sklepów spożywczych) bardzo dobrze zastępują mąkę. Jeśli macie zamykany blender, to z powodzeniem możecie zmiksować orzechy samodzielnie. Będą one jeszcze lepsze, ponieważ na pewno nie wszystko zetrą się na puch, dzięki czemu w niektórych kawałkach ciasta będzie można trafić na chrupiącą niespodziankę:)
Oczywiście, nie każde ciasto upiecze się tak wspaniale i napuszy cudownie po dodaniu orzechów miast mąki, ale kiedy tylko można, warto kombinować - tak jak ja, dokonując tych pyszności.
Poszukiwania zaczęłam od odwiedzenia Moich Wypieków, które pod względem słodkości pod ręką są bardzo przydatne :) I tak oto znalazłam bezglutenowe ciasto czekoladowe! Nie zdarza mi się piec wg ściśle określonych przepisów, a nawet jeśli próbuję, to w trakcie przygotowywania coś dodam, odejmę, zamienię.. pod siebie ;) Polecam zatem wypróbowanie, gdyż jest to ciacho proste w wykonaniu, a niesamowicie pyszne - nie tylko dla bezglutenowców! ;)






BEZGLUTENOWE CIASTO CZEKOLADOWE Z MALINAMI

Składniki: 

150 g mielonych orzechów laskowych
1,5 łyżki skrobi ziemniaczanej
1/2 szklanki brązowego nierafinowanego cukru

150 g gorzkiej czekolady, roztopionej
ok. 100 g masła, roztopionego

4 łyżki kakao
4 jajka
skórka otarta i sok wyciśnięty z połówki cytryny
3/4 szklanki gorącej wody
3 (lub więcej) garście malin*


Na sos:

garść malin*
1/2 banana
2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny/pomarańczy/grapefruita


Do jednej miski wsypujemy orzechy, cukier i skórkę otartą z cytryny. Oddzielamy białka od żółtek, które dodajemy do suchej mieszanki, te pierwsze natomiast ubijamy na sztywną pianę. Maliny (2 garście) miksujemy z sokiem cytrynowym, dodajemy do masy, mieszamy. W garnuszku topimy masło, dodajemy do niego czekoladę i mieszając doprowadzamy do połączenia się tych dwóch składników, które stworzą jednolitą, gładką masę. Przelewamy ją od razu do wcześniej przygotowanej mieszanki, całość mieszamy do dokładnego połączenia. Następnie wsypujemy kakao do miseczki z gorącą wodą, łączymy dokładnie i dodajemy do masy. Dokładnie mieszamy całość szpatułką, a następnie powoli dokładamy ubite białka. Rozprowadzamy je do osiągnięcia jednolitego, ciemnego koloru czekolady. 
Całość przelewamy do tortownicy o śr. 24-26 cm lub do małej, prostokątnej blaszki, w zależności od tego jak wysokie chcemy mieć ciasto. 
Jeśli została Wam jeszcze jedna garść malin nie zmarnujcie jej - rozrzućcie je po cieście, niech się upieką w czekoladowej kąpieli ;)
Upieczone w tortownicy ciasto idealnie nadaje się do ozdobienia i podania jako mięsisty, innowacyjny torcik ;) 
Pieczemy w temperaturze 180 st. C ok. 1 godziny. Po teście suchego patyczka przykręcamy temperaturę do zera, a ciasto pozostawiamy na kratce stygnącego piekarnika przy uchylonych drzwiczkach.
 A już wybitnie dobrze ciasto piecze się, kiedy słucha Parov Stelar:
 
http://www.youtube.com/watch?v=U9lmw_KzS0k


Tuż przed podaniem (jeszcze ciepłego ;)) ciasta do blendera wrzucamy maliny, banana, miód i sok z wybranego przez Was cytrusa, miksujemy i voila! Polewamy czekoladowy kawałek i wcinamy.

Jest to baaaardzo czekoladowy deser, dlatego też naprawdę niewielki kawałek usatysfakcjonuje nawet największego smakosza czekolady ;)

Smacznego!!



* malin nie ważyłam, stąd ta dość specyficzna, "garściowa" jednostka. Sądząc jednak po ubytku z "zamrożonego ogródka" zużyłam w sumie ok. 0,5 kg ;) 




środa, października 09, 2013

Mini chevreuil en croûte... czyli francuski obiad w wersji odmienionej ;)

Mogłabym siedzieć i czytać i oglądać i słuchać całymi dniami Rachel Khoo! Zapewne się powtarzam, może to i nudne i monotematyczne, ale naprawdę, ta kobieta jest tak autentyczną kulinarną osobowością, że nie sposób się nie zauroczyć w tym co i jak robi.
Dziczyznę uwielbiam, ale nie jest to produkt bardzo łatwo dostępny i można w tym wypadku zastąpić ją wołowiną, co też proponuje w swoim programie Rachel :) Dlatego też dziś tańczyłam wokół piekarnika i patelni, przy jesiennym słońcu i z Frankiem Sinatrą oraz Julie London
w tle..
The little Paris kitchen
jest moją ulubioną książką kucharską, więc po raz kolejny postanowiłam nasz obiad sfotografować, a przepis udostępnić, gdyż jest niesamowicie smaczny i prosty :) 



Wołowina w cieście francuskim z kurkami w sosie śmietanowym

Składniki:
1 op. ciasta francuskiego, pokrojone na 12 równej wielkości prostokątów
ok. 200 g  wołowiny, pokrojonej na 6 plastrów 
2 czerwone cebule
ok. 250 ml białego/różowego wytrawnego/półwytrawnego wina
ok. 300 g lub 1 małe opakowanie kurek
100 ml słodkiej śmietanki 12 %
1 duży ząbek czosnku
ok. 100 g tartego sera mozzarella (opcjonalnie)
2 łyżki musztardy Dijon
sól
pieprz
1 mała łyżeczka cukru
1 łyżka stołowa masła
1 łyżka stołowa oliwy extra virgin
1 białko roztrzepane z łyżką mleka 



Obrane cebule kroimy w pióra, wrzucamy na rozgrzaną łyżkę oliwy i smażymy na średnim ogniu, dodając w trakcie smażenie cukier. Zmniejszamy moc palnika i dusimy ok. 10 minut, od czasu do czasu mieszając. W tym czasie podlewamy cebulę dwukrotnie winem. Gotową cebulę przekładamy do miseczki, a na patelnię wrzucamy posolone i potraktowane pieprzem kawałki wołowiny. Obsmażamy je ok. 1. minuty z każdej strony - lub mniej, jeśli lubimy bardziej krwiste kąski ;)  W tym czasie miksujemy blenderem cebulę tak, aby powstała z niej gładka pasta.
Na kratkę z piekarnika wykładamy papier do pieczenia, na którym układamy ciasto francuskie. Każdy kawałek mięsa smarujemy od góry musztardą - ja robię to pędzlem kuchennym, szybko i wygodnie :) Następnie układamy je na prostokątach z ciasta francuskiego, wykładamy na każdy kawałek 1 płaską łyżkę pasty cebulowej i przykrywamy drugim kawałkiem ciasta. Warto przed przykryciem rozciągnąć je odrobinę, żeby przy sklejaniu nie pękło. "Sklejenie" polega na dociśnięciu brzegów jak w pierogach - albo zwijając, albo przyciskając ząbkami widelca. Na grzbiecie powstałego w ten sposób pieroga robimy nacięcie, a następnie smarujemy całość białkiem 
roztrzepanym z mlekiem. Jeśli lubicie zapiekanie serem, możecie posypać wierzch pierogów serem mozarella - sprawdza się smacznie :)
 Powtarzamy ten proces przy każdym z sześciu pierogów, a następnie wkładamy je do rozgrzanego do 180 st. C piekarnika na ok. 20 minut - lub do momentu zbrązowienia grzbietu ciasta (mój "reklamowy" jest dość blady, ale równie smaczny;) ).



W trakcie pieczenia pierogów przygotowujemy kurki! Rozgrzewamy łyżkę masła, wrzucamy pokrojony drobno czosnek i podsmażamy go przez kilka sekund, cały czas mieszając. Następnie dodajemy kurki i obsmażamy je na wolnym ogniu przez kilkanaście minut, mieszając co jakiś czas. Kiedy kurki będą miękkie solimy je delikatnie i dodajemy śmietankę. Przykrywamy patelnię i dusimy całość na bardzo małym ogniu przez 5-7 minut. 






Przygotowanie kurek powinno zsynchronizować się z upieczeniem pierogów, które po wyjęciu wykładamy na talerz, dokładamy kurki wraz z sosem i pałaszujemy!  





Smacznego :) 









sobota, września 14, 2013

Zupa krem z dyni z miodem, cytryną i kuminem




Czas dyniowy, to czas pieczenia, gotowania, sztukowania... jak zawsze dla mnie ;)
Kiedy za oknem leje i "mrozi", mam ochotę się nie wynurzać, zamknąć w ciepłej kuchni, upichcić coś nowego, coś co pozwoli zapomnieć, że na dworze panuje brzydka jesień!
Nie mam absolutnie nic przeciwko tej porze roku, ale tylko wtedy kiedy jest piękna, chłodna, ale słoneczna i wszystko się złoci. Bo kiedy pada, zacina i wieje to wszystkie kolory blakną.. A moja zupa pozostaje intensywnie miodowo-żółta, parująca i aromatyczna! Pachnie przywiezionym z Maroko kuminem i rozgrzewa niesamowicie!
A w piekarniku kuchnię grzeją pomidory, ale o tym później ;)

Zupa krem z dyni z miodem, cytryną i kuminem

Składniki:
1,5 l bulionu warzywnego 1/2 mniejszej dyni, obranej, bez pestek
3 łyżki miodu
sok wyciśnięty z jednej, małej cytryny
sól
świeżo mielony, kolorowy pieprz
świeżo mielona suszona papryka chilli
3 łyżeczki kuminu
1/2 łyżeczki kurkumy
2 łyżki oliwy z oliwek
garść łuskanego słonecznika
jogurt naturalny

Najpierw przygotowuję bulion. Ja swój gotuję około 2 godzin, wrzucając pokrojoną w plasterki/kostkę marchewkę, pietruszkę, seler, por i posiekaną natkę pietruszki, delikatnie solę, nie dodaję żadnych kostek rosołowych. Po godzinie gotowania dorzucam 2 liście laurowe, tym razem nie dodaje ziela angielskiego :) Możecie przygotować dowolny bulion, ale dość istotne jest pokrojenie warzyw, ponieważ zmiksowanie tego później jest dużo łatwiejsze ;)
Dynię kroję na niewielkie kawałki wykładam na małą blaszkę, obtaczam w 2 łyżeczkach kuminu, posypuję kolorowym pieprzem i skrapiam oliwą. Wstawiam na 15 minut do rozgrzanego piekarnika ( ok. 180 st. C). Po wyciągnięciu dynia powinna być odrobinę bardziej miękka i delikatnie podpieczona. Tak przygotowaną dynię wrzucam do gotującego się bulionu i zostawiam całość na małym ogniu. Wsypuję 1 płaską łyżeczkę soli, gotuję jeszcze ok 40-50 minut, do momentu kiedy dynia będzie całkowicie miękka. W trakcie gotowania dodaję miód, dokładnie mieszam całość, a następnie wsypuję kurkumę i kilkakrotnie przekręcam młynek z chilli - ile razy? Wszystko zależy od tego, jak bardzo pikantne potrawy lubicie ;)
Kiedy dynia jest miękka zestawiamy garnek z palnika i pozwalamy zupie chwilę przestygnąć, a następnie dokładnie wszystko miksujemy blenderem. Po tej operacji, garnek wraca na palnik i podgrzewam całość do momentu ponownego zagotowania, dodaję pozostałą łyżeczkę kuminu, a następnie wlewam sok z cytryny. Dokładnie mieszam, gotuję jeszcze kilka minut, cały czas mieszając, próbuję (!!!), w razie potrzeby doprawiam, a później chwytam chochlę, nalewam zupę, na wierzch wrzucam łyżkę jogurtu i przysypuję łuskanym słonecznikiem. 5 minut i... zjedzona ;)



                                                 Smacznego :) 

wtorek, września 03, 2013

Moc słodkości!






Po powrocie z cudownych wakacji (na których nie odpuściłam sobie gotowania;)), oszalałam na widok piekarnika.  Tego samego popołudnia, spędzając ostatnie dni błogiego lenistwa u Marty, upichciłam w tym cudnym urządzeniu obiad, crumble i improwizowany sernik na czekoladowym spodzie. Nawet nie wiecie jak mi ulżyło! Tego dnia nie zmęczyłam się bowiem na przepięknych górskich szlakach Alp, tylko biegając po płaskim terenie w jednej z moich ulubionych kuchni!! A to dlatego że...
...lato jest pełne kolorów - żywych, smacznych, kwaśnych i słodkich! Te wszystkie kolory lata, czyli pyszne maliny, truskawki, jagody, borówki i jeżyny ukryłam tym razem pod słodką kruszonką :) Szybki, letni, przepyszny deser, po zjedzeniu którego panie na pewno nie będą potrzebowały szminki!


Migdałowo-cynamonowe crumble z owocami lata

100 g zimnego masła
1 szklanka mąki pszennej
3/4 szklanki brązowego nierafinowanego cukru
ok. 50 g płatków migdałowych
skórka otarta z połowy cytryny
łyżeczka cynamonu

ok. 500 g czerwonych owoców: truskawek, malin, jeżyn, jagód i borówek.

Do miski wsypujemy mąkę, cukier, łyżeczkę cynamonu i skórkę otartą z cytryny, a następnie wkrajamy masło podzielone na małe kawałki. Zagniatamy szybko i intensywnie, aż do powstania dosłownie pokruszonego ciasta.  


Okrągłą formę wysmarowujemy delikatnie masłem, oprószamy kaszą manną, wysypujemy do niej wszystkie owoce, rozkładając je równomiernie na całej powierzchni formy, obsypujemy je odrobinę brązowym cukrem i wkruszamy na nie przygotowane wcześniej ciasto. Porwanym ciastem pokrywamy wszystkie owoce tak, żeby nie było prześwitów. Rozgrzewamy piekarnik do ok. 180 st. i pieczemy z termoobiegiem 20-30 minut.
Jak wiemy, każdy z nas ma inny piekarnik, dlatego długość pieczenia zależy od tego jak bardzo zrumienioną chcemy mieć kruszonkę. Moja wychodzi słodka, rumiana i idealna po mniej więcej 25. minutach, dlatego orientacyjny czas przyjęłam w takim a nie innym przedziale ;)

 

Jak widać wszystko jest smaczne i - przede wszystkim - proste!!!

Smacznego ! :)